Śniadanie
Wstajemy przed szóstą i idziemy do sklepu po pieczywo. Najlepiej do piekarni za rogiem, gdzie znajomy piekarz nie sprzeda nam chleba z wczoraj, albo sprzed dwóch dni, tyle, że wymoczonego i upieczonego po raz drugi. Słowem, do piekarni, w której dostaniemy ulubioną bagietkę, ciabattę albo swojską bułkę wrocławską, które nie są jeszcze czerstwe. Za każdym razem będzie to zakup spod lady.
W domu, w lodówce, mamy ser kozi dojrzewający, twardy ser żółty, jakiś rodzaj camemberta i oscypki (wybór przypadkowy). Oprócz tego, wcześniej kupujemy dobrą oliwę, suszone pomidory (jak jest sezon, to mogą być żywe), pesto, oliwki zielone, kapary (opcjonalnie).
Potrzebne są również – w charakterze narzędzia – nóż i widelec.
Oliwę wylewamy na spodek. Pieczywo kroimy albo odrywamy po kawałku, maczamy w oliwie, i w takiej postaci używamy do zagryzania sera, pomidorów i oliwek. Sera nie żałujemy, pomidorów nie kroimy, oliwki jemy w całości. Śniadanie kończymy dopiero wtedy, kiedy rzeczywiście nie da się już nic dopchać.
Odrębnym zagadnieniem są płyny, które towarzyszą nam w trakcie takiego posiłku. O tym innym razem. Uprzedzę tylko, że niedogodnością jest wczesna godzina poranna. Panuje powszechna – choć nie kryję, że kontrowersyjna – opinia, że wino można pić dopiero po południu. Na szczęście są sposoby, żeby to ograniczenie obejść.
Życzę smacznego,
referent Bulzacki



Komentarze
Pokaż komentarze (30)