Wolność cieszy się coraz to większą popularnością. A wydawć by się mogło, że ta popularność wyblakła nieco wraz z powolnym przechodzeniem na emerytury generacji rock and roll'a. Wolna miłość, dzieci kwiaty, make love not war.... to hasła mojej młodości. Ponieważ moja znajomość angielskiego ograniczała się do tłumaczenia nazw zespołów i niektórych tytułów piosenek, to nie zdawałem sobie sprawy jak bardzo lewicowe były poglądy moich idoli.
Ponieważ władza radziecka również nie lubiła rocka, a to pewnie z tego powodu, że zbyt wiele jednak tam było o wolności, to naiwnie zestawiłem rockową ideologię z antysowietyzmem i żyłem sobie w takiej słodkiej nieświadomości aż do czasu gdy Sting zaśpiewał piosenkę "Russians".
Jest tam jedno zdanie, które świadczy wyrażnie, że Sting nie ma pojęcia co to jest komuna. Śpiewa mianowicie, że nie wierzy w totalną zagładę bo Rosjanie muszą również kochać swoje dzieci. Może i muszą ale to wcale nie powstrzymało komunistów w mordowaniu milionów własnych obywateli, głównie młodych, więc jak to jest z tą miłością?
W karju niewoli jakim była PRL, wolność staje się wartością samą w sobie. Cieszyło nas, że udało nam się lepiej ubrać pomimo, że władza ludowa dbała o nasz szary i nieciekawy wygląd, wsłuchiwaliśmy się w odległe radiostacje, aby usłyszeć głos nieskrępowany UBecką cenzurą, bawiły nas dowcipy, a szczególnie kabarety z ich złośliwymi aluzjami do tępaków zawiadujących kolonią zwaną PRL.
Wolność. Kwintesencją wolności rozumianej przez gówniarza z PRL może być życie Jima Morrisona z The Doors. Facet żył tak jakby nieistniało Dziesięć Przykazań. Jakiś czas temu odkryłem, że zmasowany atak na kosciół, a szczególnie na Kościół Katolicki jest spowodowany tym, że kiedy obalimy Dziesięć Przykazań, to każdy automatycznie stanie się porządnym człowiekiem. Jak się tak dobrze zastanowić, wolność to brak ograniczeń, czyli dobrze znane "róbta co chceta".
Teraz kiedy na bardzo przyjaznej obczyżnie przechodzę pomału razem z pokoleniem rock and roll'a na emeryturę, cieszę się, że nie znałem wtedy angielskiego. Pozwoliło mi to na lubienie muzyki Doorsów i innych "revolucjonistów" rockowych.
Wiek również robi swoje. Zupełnie inaczej patrzę na film "Eazy Rider". Wtedy dwóch facetów w pogoni za wolnością, którzy giną z ręki prymitywa z dwururką było dla mnie idolami. Nie zwróciłem wtedy należytej uwagi na kontrabandę jaką się zajmują, aby ich było stać na tą wolność. Dzisiaj mam synów w wieku "rewolucyjnym" i tamten film staje się, w moim odczuciu, propagandą przeciwko społeczeństwu. I proszę jaką skuteczną. Dystrybucją dragów w Australii (myślę, że również w USA) zajmują się całe gangi "easy raiders". Co to ma wspólnego z wolnością ludzi, których dzieci gotowe są nawet zabić, byleby zaspokoić głód narkotykowy? Dawniej sam identyfikowałem się z bohaterami filmu "Easy Rider", dzisiaj identyfikuję się z ich rodzicami.
Powraca więc Dziesięć Przykazań. Proste i logiczne samoograniczenie, służące temu żeby rodziny byłe silne miłością, a społeczeństwo żyło w spokoju i pokoju.
Wolność jako taka nie jest więc wartością samą w sobie.
Moje osobiste marzenie o wolności, to możliwość powrotu do wonej Polski. To niestety daleka perspektywa i rzeczywiście, jeśli doczekam, będę wtedy na emeryturze. Na razie ciągle rządzi UB, a zniewolonu naród nawet nie rozumie, że Macierewicz to nie waiat, a Michnik to nie bohater walki z komuną, a wszystko pod czujnym okiem pozostawionej nam przez UB PRLowskiej "sprawiedliwości".
Nie ma gdzie wracać bo ta właśnie "sprawiedliwość" dba o interesy UBeckie, czyli moja (i innych powracających emigrantów) niezależna działalność zostanie ukarana. Tak jak prokuratura załatwiła Kluskę, jak uciszono Olewników, a spraw o mniejszym kalibrze jest setki. Wolności w Polsce nie ma. Co gorsza nie ma również sprawiedliwośći.


Komentarze
Pokaż komentarze (3)