W USA system wyłonienia najlepszego kandydata na urząd prezydenta państwa jest bardzo ciekawy. Zaczyna się kampanią wyborczą kandydatów na urząd prezydenta państwa. Tu kandydaci uzyskują rozgłos w prawyborach, czyli specjalnym systemem spotkań wyborczych.
Społeczeństwo - czyli wyborcy - w określonym dniu oddają swój głos poparcia na wybranego kandydata do udziału w wyborach prezydenckich. I tak z dość licznej grupy osób gotowych objąć ten najwyższy w państwie urząd, wyłania się grupa kandydatów najbardziej postrzeganych przez wyborców, kandydatów mających szansę na udział w wyborach oraz kandydatów, którzy nie znaleźli zaufania wyborców.
Z tej grupy kandydatów kwalifikuje się osoby, które mają szansę na wybór. Wszystkie partie polityczne mają tu możliwość wyrażania swoich opinii na temat każdego z kandydatów. Uzyskanie poparcia partii politycznej przez danego kandydata może tu być szczególnym wyróżnieniem. Powstaje coś w rodzaju polaryzacji politycznej - bowiem każde środowisko opiniotwórcze (może to być partia polityczna) opowiada się za którymś z kandydatów i nie ma tu jakiegoś ograniczenia - można popierać więcej, niż jednego kandydata na urząd prezydenta państwa.
Tak wyłonieni kandydaci prowadzą swoje kampanie wyborcze przemieszczając się z jednego stanu do kolejnych. W każdym z nich uzyskują większe lub mniejsze poparcie.
Równocześnie do udziału w wyborach przygotowują się elektorzy - czyli przedstawiciele każdego z 49 stanów. Ich liczba w zależności od stanu może być różna. Stan - zależnie od liczby mieszkańców - może mieć od trzech aż nawet do 55 elektorów i na witrynach poświęconych systemowi wyborczemu USA można dokładnie wskazać - który stan ilu elektorów wybierze.
Każdy z elektorów jednoznacznie też określa, którego z kandydatów na urząd prezydenta państwa będzie reprezentował.
To jest pierwszy etap wyborów.
Kolejny etap to walka wyborcza. W miarę upływu czasu kampanii wyborczej każdy z kandydatów samodzielnie uzyskuje swój wynik wyborczy i tam normalnym jest, że brak poparcia w odpowiednio dużej liczbie stanów przesądza o dalszej próbie kandydowania. Na pewnym etapie pozostaje już tylko niewielka grupa kandydatów, która może liczyć na poparcie minimum głosów elektorskich. Jeżeli nie ma szansy na to minimum, kandydat rezygnuje z dalszej kampanii wyborczej, ma jednak prawo wskazać wyborcom - na kogo warto liczyć w tych wyborach.
Praktycznie dochodzi do rywalizacji dwóch przedstawicieli - po jednym dla każdej z dwu stron - "demokratów" oraz "liberałów". W naszej, polskiej tradycji czegoś takiego nie ma. Jest partia wiodąca, która forsuje swojego kandydata i partia opozycyjna, która chciałaby za prezydenta kogoś innego. Ciągle jednak jest to bardziej kandydat partii niż kandydat wyborców.
W USA jest inaczej. Najpierw trzeba zdobyć autorytet, by środowiska opiniotwórcze były zainteresowane kandydatem na urząd prezydenta. Jeżeli takie środowisko postawi na niewłaściwą osobę, w przyszłych wyborach może już nie mieć żadnego znaczenia. Dlatego jest to system bardzo starannych analiz - bowiem wyborcy bardzo często uzależniają swoje stanowisko w wyborach na bazie oceny swoich "politycznych guru"... - którymi mogą być nawet niewielkie partie polityczne, jeżeli mają rękę do wskazywania najlepszych rozwiązań, to są również media - prasa, radio i telewizja - które upowszechniają najróżniejsze detale z życia kandydatów na urząd przyszłego prezydenta - aby wygrał lub nie miał w wyborach nawet najmniejszej szansy.
Ten system jest tak wyważony, że próba manipulacji z reguły działa na szkodę instytucji dokonującej takiej manipulacji - więc raczej tu nikt nie kłamie tak, aby na tym stracić.
W wybranym dniu, na zakończenie kampanii wyborczej - co tradycyjnie odbywa się na początku listopada, następuje akt głosowania. Wyborcy w wyborach powszechnych wybierają elektorów. Zasada jest prosta - każdy z elektorów deklarował, za którym z kandydatów będzie głosował, gdyby został wybrany jako elektor.

https://pl.wikipedia.org/wiki/Kolegium_Elektor%C3%B3w_Stan%C3%B3w_Zjednoczonych
Każdy ze stanów wprowadza do Kolegium Elektorów określoną grupę osób - z reguły 3-20, ale w przypadku czterech stanów tych elektorów może być odpowiednio - 29 (Floryda), 55 (Kalifornia), 29 (Nowy Jork), 38 (Teksas).
W każdym ze stanów liczy się głosy na każdego z kandydatów (na podstawie deklaracji elektora - kogo on będzie popierał) na urząd prezydenta państwa - jest to wybór kandydata w danym stanie USA.
Z kolei elektorzy opowiadają się już za kandydatem na urząd prezydenta państwa całym swoim składem z danego stanu - i to jest liczba głosów elektorskich - bowiem każdy z elektorów reprezentuje wolę wyborców swojego stanu.
Sposób przeliczenia jest bardzo prosty - w przypadku ośmiu stanów ich reprezentacja wynosi tylko trzech elektorów - co łącznie daje aż 24 głosy elektorskie w sytuacji, gdyby w tych wszystkich stanach wygrał ten sam kandydat.
Jednak w zestawieniu z kandydatem jednego ze stanów - który ma więcej, niż 24 elektorów - zwycięzcą byłby kandydat któregoś z tych czterech stanów.
Jednak zwycięstwo tylko w tych czterech stanach daje zaledwie 151 głosów - więc trzeba szukać wsparcia w kilku innych stanach tak, aby uzyskać bezwzględną większość 270 głosów elektorskich z puli 538 wszystkich głosów możliwych do uzyskania.
Co warto przenieść do polskich warunków ?
Myślę, że warty uwagi jest system wyłaniania kandydatów i dość długi okres kampanii wyborczej. Tu kandydat nie musi być członkiem partii politycznej, by zaistnieć na scenie politycznej. Długi okres pozwala też nie tylko na ujawnienie wad kandydata na ten urząd. jest to dosyć długi okres, który pozwoli na wyjaśnienie zarzutów przed sądem, by kandydat nie był zdyskwalifikowany pomówieniem.
Poza tym tu każdy ma szansę na zaistnienie, jeżeli będzie umiał przekonać do siebie wyborców.
Inne tematy w dziale Polityka