Około godziny 2 w nocy czasu lokalnego (7 rano w Polsce) mieszkańcy Caracas usłyszeli pierwsze eksplozje. W kilku dzielnicach zgasło światło. Nad miastem pojawiły się śmigłowce.
„Byłam w mieszkaniu, gdy nagle zgasło światło. Zaczęły się bardzo silne bombardowania, jedno za drugim” – opowiada 30-letnia mieszkanka stolicy w rozmowie z PAP. Kobieta mieszka w pobliżu Fort Tiuna, jednej z głównych baz wojskowych Wenezueli. „Weszliśmy na dach i zobaczylimy, jak w około czterech miejscach wybuchły pożary. Pół godziny później nadleciały śmigłowce. Niektóre wydawały się mniejsze, niektóre większe. Znow zaczęły się bombardowania”.
Ludzie zaczęli wychodzić na ulice z dziećmi, torbami i zwierzętami. Bali się zostać w domach.
„Szczerze mówiąc, po raz pierwszy od bardzo dawna czuję, że jest szansa na zmiany” – mówi kobieta. „W narkodyktaturze nie ma miejsca na negocjacje. Wybory były farsą, nie mamy silnej opozycji, której można zaufać”.
Kilka godzin po eksplozjach Trump napisał na portalu Truth Social, że „Stany Zjednoczone przeprowadziły z powodzeniem zakrojony na szeroką skalę atak na Wenezuelę”. Zapowiedział konferencję prasową w swojej rezydencji Mar-a-Lago. W krótkiej rozmowie telefonicznej z „New York Times” stwierdził: „Dużo dobrego planowania i wspaniali, wspaniali żołnierze. To była genialna operacja”.
Według CBS News operację pojmania Maduro przeprowadzili żołnierze Delta Force, tej samej jednostki, która w 2019 roku zlikwidowała przywódcę Państwa Islamskiego Abu Bakra al-Baghdadiego.
Wenezuelski rząd zdążył przed ogłoszeniem pojmania wydać komunikat o „niezwykle poważnej agresji wojskowej” ze strony USA. Maduro ogłosił stan wyjątkowy i zarządził mobilizację sił obronnych. Wiceprezydent Delcy Rodriguez zażądała dowodów życia prezydenta.
Pięć miesięcy eskalacji
Sobotnia operacja nie była nagła. USA budowały siły w regionie od sierpnia 2025 roku w ramach Operacji Southern Spear – oficjalnie kampanii antynarkotykowej na Morzu Karaibskim.
W grudniu w regionie znajdowało się już około 15 tysięcy amerykańskich żołnierzy. Do wód u wybrzeży Wenezueli dopłynął lotniskowiec USS Gerald R. Ford, największy na świecie, wraz z grupą uderzeniową. Trump określił tę flotę jako „masywną armadę”.
Od września amerykańskie drony i samoloty gunship AC-130 zaatakowały ponad 35 łodzi, które według administracji przewoziły narkotyki. Zginęło ponad 110 osób. Marynarka USA zaczęła także przechwytywac tankowce z wenezuelską ropą.
Pod koniec grudnia Trump potwierdził pierwszy atak na cel lądowy w Wenezueli, według prezydenta USA zniszczono „dok, gdzie ładowano łodzie z narkotykami”. Kolumbijski prezydent Gustavo Petro twierdził, że celem była fabryka wykorzystywana przez partyzantów ELN do przetwarzania kokainy.
„Zaczniemy te same ataki na lądzie” – mówił Trump na początku grudnia. „Ląd jest o wiele łatwiejszy. Wiemy, jakimi trasami jeżdżą. Wiemy, gdzie mieszkają ci źli”.
Dlaczego Wenezuela?
Oficjalnym uzasadnieniem kampanii jest walka z handlem narkotykami. Administracja Trumpa oskarża Maduro o kierowanie organizacją przestępczą o nazwie „Cartel de los Soles” (Kartel Słońc), od słońc na epoletach wenezuelskich generałów.
W listopadzie 2025 roku Departament Stanu uznał tę organizację za grupę terrorystyczną. Jeszcze wcześniej, w 2020 roku, amerykańscy prokuratorzy postawili Maduro zarzuty narkoterroryzmu. Za informacje prowadzące do jego pojmania wyznaczono nagrodę 50 milionów dolarów.
Problem w tym, że „Cartel de los Soles” nie jest kartelem w tradycyjnym sensie. Eksperci opisują go raczej jako luźną sieć skorumpowanych wojskowych i urzędników, którzy zarabiają na przemycie. Nie ma hierarchii, nie ma struktury dowodzenia.
„Wyznaczają organizację, która nie istnieje jako organizacja terrorystyczna” – powiedział Brian Finucane, były prawnik Departamentu Stanu, komentując decyzję administracji.
Maduro wielokrotnie zaprzeczał oskarżeniom. W wywiadzie wyemitowanym na dwa dni przed atakiem mówił, że Wenezuela jest gotowa negocjować z USA porozumienie w sprawie walki z przemytem narkotyków. Jednocześnie twierdził, że prawdziwym celem Ameryki jest wenezuelska ropa.
Największe rezerwy świata?
Wenezuela posiada największe potwierdzone rezerwy ropy naftowej na świecie, około 300 miliardów baryłek, czyli prawie jedną piątą globalnych zasobów. Choć eksperci speirają się o jakość pory, opłacalność jej wydobycia, to i tak jest to więcej niż ma Arabia Saudyjska.
Przez dekady kraj bogacił się na ropie. W latach 50. XX wieku PKB per capita Wenezueli wynosił połowę amerykańskiego. Był jednym z najbogatszych krajów Ameryki Łacińskiej.
Potem przyszedł Hugo Chavez, jego „rewolucja boliwariańska”, nacjonalizacja przemysłu naftowego i stopniowe zwijanie demokracji. Gdy w 2013 roku zmarł, władzę przejął Maduro i kontynuował kurs. Spadające ceny ropy od 2014 roku pchnęły Wenezuelę w spiralę kryzysu. Hiperinflacja, niedobory podstawowych produktów, exodus milionów uchodźców.
Dziś wydobycie ropy w Wenezueli to ułamek dawnej wielkości, bo około 900 tysięcy baryłek dziennie zamiast niemal 3 milionów. Infrastruktura niszczeje. Paradoks: kraj z największymi rezerwami musi importować benzynę.
Dla amerykańskich rafinerii na Wybrzeżu Zatokowym wenezuelska ciężka ropa jest idealna są pod nią zaprojektowane. Przez lata to właśnie stamtąd płynęła.
„Celem tego ataku jest przejęcie strategicznych zasobów Wenezueli, przede wszystkim ropy i minerałów” – napisał wenezuelski rząd w swoim komunikacie.
Sfałszowane wybory
Jest jeszcze inny powód, dla którego Maduro stracił resztki międzynarodowej legitymacji.
W lipcu 2024 roku Wenezuela przeprowadziła wybory prezydenckie. Oficjalne wyniki ogłoszone przez kontrolowaną przez reżim komisję wyborczą dawały Maduro 51 procent głosów. Opozycja twierdziła, że jej kandydat Edmundo González zdobył niemal 70 procent.
Opozycja miała dowody. Jej obserwatorzy sfotografowali protokoły z ponad 80 procent lokali wyborczych. Niezależni analitycy, think tanki, a nawet obserwatorzy z krajów tradycyjnie przychylnych Wenezueli (jak Brazylia czy Kolumbia) przyznali: dane opozycji są wiarygodne.
USA oficjalnie uznały Gonzáleza za prawowitego prezydenta-elekta. Podobnie kilka innych państw. Maduro mimo to zaprzysiągł się na trzecią kadencję w styczniu 2025 roku.
Reżim odpowiedział represjami. Ponad 2000 osób aresztowano. Gonzáleza ścigano nakazem aresztowania, ale uciekł do Hiszpanii. Liderka opozycji María Corina Machado, która nie mogła kandydować bo została zdyskwalifikowana, ukrywała się w kraju. Później przedostała się do Norwegii, gdzie odebrała Pokojową Nagrodę Nobla, którą dedykowała Trumpowi.
Zapytana, czy poparłaby amerykańską interwencję wojskową, Machado nie wykluczała tego: „Będę z zadowoleniem witać coraz większą presję, żeby Maduro zrozumiał, że musi odejść”.
Kontrowersje prawne
Ataki USA budzą poważne wątpliwości prawne. Kongres nie wypowiedział Wenezueli wojny ani nie autoryzował użycia siły. Demokratyczni senatorowie alarmowali, że administracja nie przedstawiła „żadnego legitymowanego uzasadnienia prawnego”.
Senat dwukrotnie głosował nad rezolucjami ograniczającymi uprawnienia prezydenta do ataków na Wenezuelę – obie przepadły większością republikańską.
Administracja Trumpa twierdzi, że prowadzi „niepaństwowy konflikt zbrojny” z kartelami uznanymi za organizacje terrorystyczne. To pozwala, zdaniem prawników Białego Domu, zabijać „nielegalnych kombatantów” bez dodatkowych upoważnień.
Organizacje praw człowieka i eksperci prawa międzynarodowego nie zgadzają się z tą interpretacją. Wysoki Komisarz ONZ ds. Praw Człowieka Volker Türk wezwał do śledztwa w sprawie zabójstw na łodziach.
Nawet tradycyjni sojusznicy USA mają wątpliwości. Według CNN, brytyjscy urzędnicy uważają, że ataki naruszają prawo międzynarodowe.
Świat reaguje
Kolumbijski prezydent Petro, mimo napięć z Maduro, natychmiast potępił atak. „Alertuję cały świat: zaatakowali Wenezuelę” – napisał na X. Wezwał do pilnego zwołania Rady Bezpieczeństwa ONZ i Organizacji Państw Amerykańskich.
„Kolumbia odrzuca każdą jednostronną akcję wojskową, która mogłaby pogorszyć sytuację lub narazić ludność cywilną” – dodał. Kolumbijskie wojsko uruchomiło plany awaryjne na granicy z Wenezuelą.
Iran potępił atak jako „rażące naruszenie pokoju regionalnego i międzynarodowego”. Rosja i Chiny – tradycyjni sojusznicy Maduro – nie wydały jeszcze oficjalnych oświadczeń.
Rosja: sojusznik, który nie pomógł
Moskwa potępiła atak jako „akt zbrojnej agresji" i wezwała do pilnego zwołania Rady Bezpieczeństwa ONZ. „Preteksty użyte do uzasadnienia takich działań są bezpodstawne" – oświadczyło rosyjskie MSZ. „Wenezueli musi być zagwarantowane prawo do decydowania o własnym losie bez destrukcyjnej, militarnej interwencji z zewnątrz".
Słowa. Ale nic poza słowami.
A przecież Rosja i Wenezuela to od lat bliscy sojusznicy. Od 2005 roku Caracas kupiło od Moskwy broń za ponad 4 miliardy dolarów – to szósty największy odbiorca rosyjskiego uzbrojenia na świecie. W maju 2025 Putin i Maduro podpisali 10-letni traktat o partnerstwie strategicznym. W lipcu otworzyli wspólną fabrykę amunicji Kałasznikowa – pierwszą taką w obu Amerykach. Rosyjskie firmy naftowe inwestowały w wenezuelski sektor energetyczny i pomagały omijać amerykańskie sankcje.
Dla Putina Wenezuela była przyczółkiem w „podwórku" USA, elementem globalnej rywalizacji z Waszyngtonem. Maduro rewanżował się poparciem dla inwazji na Ukrainę.
Ale gdy przyszło co do czego, Rosja okazała się bezsilna. Zbyt daleko, zbyt zajęta Ukrainą, zbyt osłabiona sankcjami. „Jeśli USA poważnie myślą o zmianie reżimu siłą, Rosja raczej nie będzie w stanie pomóc w żaden sposób" – oceniał analityk Crisis Group jeszcze przed atakiem.
Pytanie, jak Putin zareaguje. Eskalacja retoryczna jest pewna. Ale czy Kreml będzie szukał rewanżu gdzie indziej, Europie, na Ukrainie, poprzez wsparcie innych reżimów? To jeden z wielu znaków zapytania tej nocy.
Co dalej?
Trump zapowiedział konferencję prasową na godzinę 11 rano czasu wschodniego (17:00 w Polsce). Obiecał więcej szczegółów.
Pytań jest wiele. Gdzie przetrzymywany jest Maduro? Co z wenezuelskim rządem, czy wiceprezydent Rodriguez przejmie władzę? Jak zareaguje armia? Co z milicjami chavistowskimi?
I przede wszystkim: co planuje Trump? Czy chodzi o zmianę władzy i ustawienie przyjaznego reżimu? A może, jak twierdzą krytycy, o wenezuelską ropę?
„Dni Maduro są policzone” – mówił Trump kilka tygodni temu. Tej nocy to proroctwo się spełniło. Ale czy koniec Maduro oznacza koniec kryzysu w Wenezueli, to już zupełnie inna historia.
red.
Fot: Nicolas Maduro, przywódca Wenezueli, został porwany i wywieziony przez amerykańskich komandosów/ PAP/ EPA
Źródła: PAP, BBC, NYT







Komentarze
Pokaż komentarze (563)