Zaczyna się sukcesywny marsz po stołki. Problem polega na rozpoznaniu właściwego trendu. Bo mamy zupełnie rozbieżne ścieżki do sukcesu. Ta pierwsza - to ci lepsi, ci, którzy tworzą partię polityczną. Tutaj mam na myśli osoby formalnie przypisane do partii politycznej, aktywnie uczestniczące w spotkaniach klubowych, pełniące funkcje w swojej partii politycznej.
Do tego trzeba doliczyć osoby nie uczestniczące formalnie w życiu partii, ale aktywnie ją popierające. Popierające w rozmowach z innymi ludźmi, popierające na wiecach i spotkaniach z wyborcami, także popierające kandydatów "swojej" partii w wyborach.
I tutaj zaczyna się problem. Bo osoby aktywnie uczestniczące w polityce, pracujące na rzecz partii, zatrudnione na różnych stanowiskach w administracji oraz w gospodarce - ale dzięki wsparciu partyjnemu. Te osoby mają czego bać się w przypadku wyborów, gdyby ich partia wypadła z gry. Małe koterie polityczne mają duży problem, bo w przypadku przegranej partii--matki - dla członków w przystawkach może zabraknąć miejsc i istnieje ryzyko wyrzucenia z zajmowanego stanowiska. Koalicja nazywająca się "koalicją 15 października" ma świadomość, jakich błędów dopuścili się jej liderzy. I dla nich nie będzie żadnego "zmiłuj się". Ale ich błędy wiążą się z podpisami na dokumentach, które mogą zostać zakwestionowane przez nową zmianę kadr politycznych. A jest tego niemało.
I ci ludzie mają największy problem - czyli podjęcie decyzji - do której dużej partii wstąpić. Los PSL wydaje się być przesądzony, bo czym innym są ludzie mieszkający na wsi i żyjący z pracy w gospodarstwach rolnych. Często są to molochy wielkopowierzchniowe zarządzane przez niewielki zespół współwłaścicieli gospodarstwa. A reszta ma tylko pracę u nich. Pozostała część - to ludzie utrzymujący się z pracy w rodzinnym gospodarstwie, powiązane pokrewieństwem rodzinnym i nie posiadające innej własności, niż własne ręce do pracy.
Ci ludzie już nie znajdują w sobie zaufania do liderów PSL, którzy mają się dobrze i liczą na poparcie wsi. Teraz jest to loteria.
Osoby funkcyjne w partiach politycznych tworzących koalicję rządzącą także nie są pewni swojej pozycji. Bo liczy się tylko jedna partia a to jedynie dla Dont'a utworzono tak wiele koterii. Te dzisiaj wymiękają. I jest problem - do kogo dołączyć. Na pewno nie do Tuska.
I w tym miejscu pojawia się dramat wyborów. Bo to nie ludzie partii głosują. Owszem, mogą oddać głos, wiadomo na kogo. Ale tutaj liczy się poparcie społeczeństwa, poparcie osób, które tylko słyszały o takiej czy innej partii, są przekonane do wybranej partii dzięki znajomym i członkom rodziny będącymi członkami tej partii - ale same o strukturach nie mają żadnego pojęcia. I to jest największy dramat - bo większość tych ludzi oddaje swój głos na kandydata, nie na partię polityczną. I jeżeli będą nadal głosować w ten sposób - to pojawia się dramat osoby biorącej udział w wyborach.
Bo - jeżeli ktoś zagłosuje za "swojego" kandydata - to jest problem, gdyby ten kandydat roztropnie odszedł ze skompromitowanej partii. Wtedy głos poparcia pójdzie na nową partię. A jak ta nowa partia nie uzyska minimum 5% poparcia - głos przepada... i nadzieja na stanowisko.
Jest też druga opcja. Jeżeli osoba nie związana z żadną partią zagłosuje tak, jak zawsze - czyli za swoją partią - a znajomi tego wyborcy są już w nowej partii - to umarł w butach. Bo jak tutaj kandydatowi do parlamentu powiedzieć swoim wyborcom, że już opuściło się szeregi Tuska ?


Komentarze
Pokaż komentarze