130 obserwujących
53 notki
307k odsłon
  172   0

Rozdział Szesnasty c.d.

Bez Daniela nic już nie było takie jak wcześniej – Karola wygłosiła to zdanie ze specyficznym zaśpiewem, jakby deklamowała. Czy Returnowi zdawało się, czy w tym brzmieniu usłyszał głos Joli?

Wiesz – zwróciła się do niego. Patrzyła ze smutno czułym wyrazem twarzy. Niespodziewanie stała się znowu Karolą, tą samą, co ćwierć wieku wcześniej. – Wiesz, pamiętam, pamiętamy dobrze jak opiekowałeś się wtedy Jolą. I wiemy, że było to bezinteresowne. Pomogłeś jej przeżyć, pamiętamy ci to. Bez Daniela było jej tak trudno, zwłaszcza że nie wiedzieliśmy, co się z nim dzieje. Zakaz widzeń i korespondencji... Wraz z nim straciliśmy busolę i aż dziw, że pozbieraliśmy się tak szybko. Może udzieliła się nam twoja pewność?

Dziwne, że w jakiej takiej grupie dotrwaliśmy jakoś do sierpnia – podsumował jej mąż. Wypili znowu.

Liczyłem, liczyliśmy, że gdy Daniel wyjdzie, przejmie swoją dawną rolę. Był przecież liderem – kontynuował Jesion. – Ale on... wiecie...

Pojawił się po upadku komuny – powiedziała nieznajoma. Jej niewyraźna twarz zaczęła Returna męczyć. Odzywała się niejasnym, sennym wspomnieniem. Mężczyźni wypili już cztery kolejki. Witecka ograniczyła się do dwóch. Nieznajoma właściwie nie piła. Jesion pracował w magistracie. Witeccy prowadzili małą firmę przewozową, o nieznajomej nie było wiadomo nic.

Nikt nic nie wie – powtórzył Witecki. – Odstępowaliśmy mu taką klitkę na poddaszu. Nie miał gdzie mieszkać. Trochę pracował z nami. Właściwie dawaliśmy mu na utrzymanie... Nie chciał pensji – zastrzegł się nagle, spoglądając na Returna.

Bo i nie pracował regularnie – zauważyła rzeczowo Karola. – Nie było u nas dla niego stałej pracy. On przecież potrafił wpadać w taki cug...

Daj spokój – mruknął mąż.

Niech mówi. Przecież zebraliśmy się, żeby wspominać – z ledwo powstrzymywaną ironią powiedział Return. – No więc co, pił ostatnio więcej?

Właśnie że nie! – nieomal warknął Witecki. – Bardzo się ograniczył.

Pracował – Karola pochyliła głowę. Mówiła niewyraźnie, przerywanym głosem. – Pisał. Pożyczyłam mu stary komputer. Dopiero niedawno nauczył się na nim pisać. – Z uśmiechem podniosła do góry szklące się oczy. Return zobaczył w niej refleks dawnej urody. – Mówił, że to ostatnia rzecz, która została mu do zrobienia. Wiersze. Że ktoś czeka na nie i wyda je. Opublikuje. Nie mówił, kto. Pokazał mi niektóre. Były piękne.

Bardzo poważnie to traktował – potwierdził Witecki.

Return zaniepokoił się. Przypomniał sobie, że asystentka zapytała go czy może uprzątnąć stos korespondencji zawalającej biurko w jego telewizyjnym gabinecie. Chyba się zgodził. Bezmyślnie. Musi do niej zadzwonić. Jak najprędzej. Żeby nie było za późno i wiersze Struny nie wylądowały w śmietniku! Musi jak najprędzej wyjść z tej dusznej knajpy i zadzwonić.

Ty go widziałaś ostatnia? – zapytał Karolę, aby zagłuszyć niepokój. Spojrzała na niego z wyrazem skrzywdzonego dziecka. Nieznajoma przyjrzała się mu uważnie.

Taak. Tylko... że... wtedy już nie żył... – przerwała i zakrztusiła się płaczem. Witecki objął ją i rzucił Returnowi niechętne spojrzenie.

Ja widziałem go ostatni. Parę dni przed śmiercią. Odwiedziłem go, bo długo nie wychodził. Powiedział, że zamknął konto i wysłał list. Zapytałem, co ma na myśli, ale nie chciał tłumaczyć.

Też odwiedziłam go wtedy – Karolina przezwyciężała płacz i mówiła coraz spokojniej, choć przerywała jeszcze, aby spazmatycznie łapać powietrze. – Pytałam o wiersze. Powiedział, że skończył i odesłał je, że już nie ma o czym pisać. Patrzył na dachy. Jego poddasze jest... było na czwartym piętrze. Przez okno widać dachy, dachy Krakowa, po których spacerują ptaki. Pamiętam ptaki i kończący się dzień. Daniel naprzeciw okna... Był taki nieruchomy...

Panie redaktorze, wyrazy szacunku, szacuneczek – do stolika zbliżyło się kilku nieco już podpitych facetów, kolejno ściskając dłoń Returna. Uspokoił natrętów sprowokowanych zachowaniem Witeckiego, który zerwał się i dość obcesowo kazał im odejść. Wszystko to zaczęło go coraz bardziej męczyć.

Pogrzebaliśmy przyjaciela – tłumaczył, klepiąc ich po ramionach. Znowu usiedli w gronie pięciu osób. Rozmowa nie kleiła się. Siedzieli jeszcze chwilę.

Wezwał taksówkę tłumacząc się kolejnym pilnym spotkaniem. Chciał zapłacić, ale sprzeciwił się Witecki. Return rozdał im wizytówki. Nie było na nich jego prywatnego telefonu. Nieuważnie wrzucił do kieszeni marynarki ich identyfikacyjne kartki. Nieznajoma nie dała mu nic, a biorąc jego wizytówkę, spojrzała mu uważnie w oczy. Poczuł zmieszanie.

Kazał się wieść do centrum, nie wiedząc, gdzie chce wysiąść.

To gdzie dokładnie? – zainteresował się kierowca.

Niech będzie na Salwator – zadecydował Return, nie wiedząc dlaczego. Wysiadł pod klasztorem Norbertanek i ruszył w kierunku Błoń. Nie myślał, gdzie i po co idzie. Szedł wzdłuż rzeczki Rudawy. Ziemia była grząska i chlupotała pod stopami. Przychodzili tu z Danielem i butelką, zwykle jabola, najtańszego, słodko mdłego owocowego trunku, niekiedy z Gellalą albo Fatimą, winami tunezyjskimi, na które jeszcze udawało się uzbierać pieniądze, niosącymi posmak egzotyki i wielkiego świata – szyk lat siedemdziesiątych. Czasami zdobywali się na butelkę wódki. Mówili o wszystkim. Bura mgła tamtych wieczorów i nocy była zasłoną, którą próbowali przedziurawić słowami. Świat wydawał się niemal podległy ich głosom. Układali go w coraz to nowe konstrukcje. Noc opuszczała kurtynę firmamentu na Błonia, a oni usiłowali ją podnieść, zajrzeć za nią.

Tamtej nocy czekali na niego pod akademikiem. Wchodził do bramy, kiedy ktoś podszedł do niego z boku.

Pan Return? – usłyszał pytanie i w tym samym momencie inny ujął go pod rękę z drugiej strony. Chyba potwierdził, gdy ktoś pokazywał mu legitymację i już wpychali go na tylne siedzenie samochodu, który stał tuż obok pod murem. Poczuł bezwład i paraliżujący strach. Więc to już koniec. Tak się wszystko kończy, tak się kończy, kołatało mu w głowie, gdy dwa ciała prasowały go między sobą, a towarzysz kierowcy świdrował go spojrzeniem, przybliżając się w świetle mijanych latarni. Potem ten obok kierowcy, nachylony ku niemu, zapalił papierosa. W żarze pulsującego ognika tuż przed oczyma Returna twarz esbeka odsłaniała się i gasła w kłębach gryzącego dymu.
Lubię to! Skomentuj1 Napisz notkę Zgłoś nadużycie

Więcej na ten temat

Komentarze

Inne tematy w dziale