130 obserwujących
53 notki
306k odsłon
  248   0

Rozdział Szesnasty c.d.

Plac Wolności zdecydował się wysłać go do Warszawy. Miał raportować, co działo się w środowisku KOR-owskim. Zaprosił Jolę, ale odmówiła, wymawiając się pisaniem pracy. Sam zaganiał ją do tego wcześniej. Nie miał argumentów. A potem świat oszalał. Strajki w Gdańsku, porozumienia, powstawanie Solidarności i NZS-u. W kurzawie nieprzytomnych dni myśli o Joli nie były już takie bolesne. A kiedy spotkali się pod koniec września, powiedziała mu, że złożyła podanie o paszport.

Chcę wyjechać do Stanów. Mam tam rodzinę. Tak będzie lepiej. Chyba również dla ciebie. – Patrzyła na niego z uśmiechem, a on poczuł ból i przerażenie. Następnego dnia spotkał się z Saneckim. Użył całej sztuki perswazji, nakłaniając go do spowodowania odmowy.

To nie chodzi o jej wyjazd – przekonywał. – Ona jest nieważna. Ważny jest sygnał dla innych, dla wszystkich. To antypedagogiczne. Paszport dla niej potwierdzi opinie, że sypiemy się już, sypiecie się, że można przestać się was bać. – Sanecki kiwał głową, ale nagle podniósł wzrok i przyjrzał się Returnowi z czymś w rodzaju rozbawienia. Po raz pierwszy wywołał u niego zmieszanie. Return nie mógł wierzyć, że ten ćwok, który swoim niezgulstwem pętał wszystkie jego inicjatywy tak, że musiał chwilami żałować Szablińskiego, mógłby się czegoś domyśleć. Zdeterminowany, postanowił jednak uderzyć wyżej. Zaryzykował telefon do Zadry. Tym razem jednak kapitan potraktował go ostro:

Wszystko się gotuje, a ty zawracasz mi głowę swoją... no, jak to tam nazwać... swoją dziewczyną? Sam musisz jej przypilnować! W takim momencie... Zresztą zobaczymy. Potraktujemy poważnie to, co mówisz. Jak zawsze.

Było południe, kiedy wyszedł z „Maski”. W pustej kawiarni, pod wizerunkiem zakurzonej, nostalgicznie spoglądającej Nefretete, długo dyskutował z Zadrą o generalnej strategii i jej krakowskim wariancie. Sanecki przestał wreszcie być jego kontaktem i Return znowu spotykał się głównie z Zadrą. Czasami z Nowakiem.

Należy zaakceptować to, co jest. Przecież wiem, że przygotowujecie się do kontruderzenia. Ale potrzebujecie na to czasu. Każdy tydzień, a sprawa przeciągnie się na pewno w miesiące, więc każdy tydzień to dla nas niepowetowane straty, jeśli nie potraficie właściwie reagować. Nie ma co angażować się w drobne szykany. Trzeba wchodzić w ten ruch, a nawet stymulować go. Próbować zdobywać w nim znaczące miejsca... Teraz należałoby organizować nowe grupy, od początku nastawione nieco krytycznie do kierownictwa Solidarności, na początku tylko trochę. Te różnice trzeba będzie powoli wzmacniać, konflikty podsycać, rozgrywać... – Spierali się jeszcze. W najbliższym czasie mieli spotkać się z Nowakiem. Argumenty Returna, który zaczynał robić karierę w Solidarności, trafiały do jego przełożonych.

Szedł w dół ulicą Chocimską, przecinał Czarnowiejską, potem pomiędzy akademikami wychodził na Reymonta i zanurzał się w Park Jordana. Był październik i słońce świeciło metalicznie. Liście o coraz ciemniejszych, krzepnących kolorach brzęczały w szklistym powietrzu, odrywały się od gałęzi, wirowały. Wydawało się, że potrafią przezwyciężyć ciążenie i frunąć bez końca, kiedy opadały z sił i z cichym szelestem osuwały na ziemię. Powietrze uderzało w płuca suchym chłodem. Jola czekała na niego na ławce w hallu Jagiellonki. Podbiegła śmiejąc się.

Dostałam paszport – krzyknęła na całe pomieszczenie.

Żegnał ją jakieś dwa tygodnie później. Wcześnie rano, na dworcu, skąd jechała do Warszawy, aby przesiąść się na samolot do Nowego Jorku, były jeszcze dwie osoby: Karola i ktoś, kogo Return nie potrafi dziś sobie przypomnieć. Niezgrabnie pomagał jej upychać walizki na półce nad siedzeniami wśród narzekania i posykiwania potrącanych pasażerów. Jola wypchnęła go nieomal z pociągu, na moment przed drzwiami przytulając się do niego mocno. Potem widział jeszcze jej rękę i twarz za szybą.

Upił się wtedy. Z kalejdoskopu niejasnych obrazów wyłania się on sam, bełkoczący Mirkowi o ładzie rzeczy, który jest nie do podźwignięcia, jak za ciężka walizka. Teraz, w pustym pudełku „Lamusa”, pije następną setkę. Ostry smak alkoholu wypełnia usta, przełyk, żołądek. Return krztusi się i odstawia do połowy opróżnioną szklaneczkę. Popija sokiem i udaje się mu złapać oddech. Struna nie żyje. Jola wysłała mu raz pocztówkę ze Stanów. Chciał jej nawet odpisać, ale pocztówka zapodziała się gdzieś. Ludzie z tamtych czasów są już nie do poznania – jak Karola, Witecki, inni. Czy to w ogóle są ci sami ludzie? Czy on jest ten sam?

Dopija wódkę, płaci i wychodzi schodkami na zewnątrz, do miasta, które pozostanie już w nim na zawsze. Rusza do Cracowi, hotelu, który zarezerwowano dla niego w Warszawie. Jesienną nocą, w deszczu, w którym więźnie świetlny pył latarń, dochodzi do Alei i będzie nimi długo szedł, obok Parku Krakowskiego, minie siedzibę AGH, Jagiellonkę, w której przepracował parę lat, a po drugiej stronie raczej pamięta niż widzi ledwie zarysowujące się w mglistej ciemności pałace króla Gwoździa – tak nazywała te eklektyczne budynki Jola – minie Muzeum Narodowe, przejdzie ulicę Manifestu Lipcowego, która dziś nazywa się Piłsudskiego, i od podjazdu zanurzy się w hotelu, który wtedy stanowił dla nich oazę niedosiężnego luksusu. Przez okno, przez aleję drzew, usiłował będzie jeszcze zobaczyć akademik, w którym spędził kilka najważniejszych lat swojego życia, lat, do których bezskutecznie usiłuje teraz powrócić, gdyż to, co zostało z nich, to jedynie okruchy obrazów. Nie wie, dlaczego tamten czas jawi się mu jako najważniejszy, bo przecież później przeżył tyle jeszcze: romanse z pięknymi kobietami, o których wcześniej nie odważyłby się nawet marzyć, sława, jaka nie śniła mu się nigdy, uznanie, znaczenie – a przecież wydaje się mu, że naprawdę żył tylko wtedy, a potem, teraz, rejestruje tylko wydarzenia, które przydarzają się komuś, kogo dane jedynie pokrywają się z jego danymi. Przez szybę, poprzez drzewa nie widzi budynku akademika. Szarpiąc wściekle, po wielu wysiłkach udaje mu się wreszcie otworzyć okno. Wychyla się i zanurza w wilgotny opar nocy. Papieros syczy i gaśnie w powietrzu nasączonym wodą. Musi odchylić się, wrócić do pokoju, żeby zapalić następnego. Hotel, jego pokój, kołysze się, płynąc nurtami nocy. Nie pozostało już nic do zobaczenia ani zrozumienia. Jedząc w hotelowej restauracji śniadanie, które miało przywrócić go do życia, czuł, że czeka na niego jakieś zobowiązanie. Męczyło go coś, czego nie dopełnił. Przesyłkę od Struny przypomniał sobie dopiero w pociągu.

Zgodnie z pana życzeniem zrobiliśmy wreszcie porządek w pańskim biurze. Niech się pan nie obawia. Nie będą już panu przeszkadzać żadne papierzyska.

Lubię to! Skomentuj5 Napisz notkę Zgłoś nadużycie

Więcej na ten temat

Komentarze

Inne tematy w dziale