Blog
Dolina nicości
Bronisław Wildstein
Bronisław Wildstein To jest blog mojej najnowszej powieści "Dolina nicości".
130 obserwujących 53 notki 304631 odsłon
Bronisław Wildstein, 23 czerwca 2008 r.

Rozdział siedemnasty

Tracił poczucie czasu. Gubił się w przestrzeni. Często po przebudzeniu nie wiedział gdzie jest. Potrafił zawracać, gdy przypominało mu się jakieś miasteczko, albo odnajdywał na mapie coś, co budziło jego zainteresowanie. Błądził po mapie w obskurnych hotelikach, przed zaśnięciem, pijany już nieco, przy słabym świetle nocnej lampki. W pomarańczowej plamie na stoliku otwierał atlas, szukając nazw, które mógłby z czymś skojarzyć. Z Warszawy ruszył w kierunku Lublina, ale przejechał miasto i zatrzymał się ze dwadzieścia kilometrów dalej, w pałacu przerobionym na hotel. Nie wiedział, dlaczego wybrał ten kierunek, ale hotel przypomniał sobie – podobał mu się, kiedy trafił tam w swoim uprzednim wcieleniu jako redaktor „Kuriera” – i dlatego zdecydował się w nim przenocować. Dopiero następnego dnia zawrócił do Lublina. Zostawił samochód nad rzeką i chodził po ciągle jeszcze zdewastowanym starym mieście, którego zapuszczone podwórka cuchnęły szczyną i historią. Potem pojechał pod Zamość. Stamtąd do Tomaszowa Lubelskiego. Zawrócił i ruszył na północ. Najczęściej zatrzymywał się w motelach. Rzucał walizkę do szafy i schodził do miejscowego baru albo restauracyjki. Wypijał piwo czy parę wódek, patrząc na odsłaniającą się w świetle przejeżdżających samochodów szosę. Czasami wdawał się w rozmowy. Ludzie zwykle narzekali: na ciężką sytuację, politykę, los, osobiste nieszczęścia. Niekiedy, zaskoczeni, rozpoznawali go. Tłumaczył, że tak często mylą go z redaktorem Wilczyckim, że zdążył się już do tego przyzwyczaić. Wierzyli, choć czasami łypali podejrzliwie. Starał się zrozumieć, jak żyją: przemierzający wielodniowe trasy kierowcy wielkich samochodów, zwyczajni szoferzy, zwykle ze zmierzchem wracający do domów, drobni przedsiębiorcy załatwiający interesy w pobliskich miasteczkach i przypadkowi podróżnicy ścigający niespodziewane okazje. Czasami zatrzymywał się w miastach. Klienci hotelowych knajp byli tam bardziej przypadkowi. Unosiły się nad nimi ćmy barowe poszukujące jednonocnych mecenasów, a Wilczycki czasami zgadzał się rolę taką pełnić. Prostytutki wypatrywały klientów wdając się w rozmowy z bywalcami. Niekiedy trafiał na szczególnych przedstawicieli miejscowej fauny. Gawędziarze snuli epopeje przywołując dzieje tutejszych; prześmiewcy przedrzeźniali dookolny świat i jego obywateli; myśliciele rozważali porządek rzeczy, który można zobaczyć w ich miejscowości jak w kropli wody. Niektórzy tubylcy pamiętali jeszcze wojnę, wciąż trwała dla nich, tak jak komunistyczne panowanie, pokazywali blizny, które otwierały się ciągle, aby wreszcie ich zabić. Kraj odsłaniał mu swoje stygmaty, swoje trzewia. Czas płynął w nim inaczej.

Miasteczka gromadziły się wokół kościołów. Czasami zachodził do nich. Zanurzał się w przestrzeni, w spokoju której roztopiło się tak wiele tęsknot i lęków. Pojedyncze postacie na ławkach. Ktoś klęczy powtarzając słowa modlitwy, które odrywają się od swoich znaczeń i stają paciorkami ładu. Czasami trafiał na mszę. Klękał z innymi i przez ten czas czuł się jednym z nich, zapominał o swoich bólach i urazach, zawiściach i nadziejach.

Wizerunki miejsc, twarze, słowa mnożyły się i nakładały na siebie, kiedy Wilczycki trafił do Przemyśla. Miasto spodobało mu się. Spiralnie wznosiło się wokół zamku na szczycie wzgórza. Zboczem wśród drzew zsuwało się nad San i zapadało w drzemkę w piasku rzeki. Znad Sanu Wilczycki ruszył w kierunku rynku. Szedł podcieniami, kiedy z tyłu usłyszał powtórzone parokrotnie swoje imię. Odwrócił się i zobaczył biegnącego w swoim kierunku zwalistego mężczyznę.

Adam, Adam! – usłyszał znowu znajomy głos i już nadbiegający schwytał go w mocne objęcia. – Nie poznajesz? To ja, Robert, Robert Bryła. Wyobraź sobie, że ostatnio myślałem o tobie.

Wilczycki poznał go na studiach prawie dwadzieścia lat wcześniej. Kilka lat starszy od niego, były robotnik, który wieczorowo skończył szkołę średnią i zrobił maturę, wyróżniał się ze studenckiego środowiska. Robił błędy językowe, niekiedy nie potrafił się właściwie zachować, wykazywał zdumiewające luki wiedzy, a może raczej obycia, nie wiedząc tego, co wiedzieć należało, ale przy bliższym poznaniu okazywał się z pewnością nie mniej od nich inteligentny. Ponadto cechowała go pasja, która pozwalała nie tylko nadrabiać zaległości, ale i prześcigać kolegów. Z równą pasją zaangażował się w działalność opozycyjną. Okazało się, że był działaczem Solidarności internowanym w stanie wojennym. Potem jeszcze odsiedział swoje za działalność podziemną. Nie wpłynęło to na jego postawę. Odnaleźli się w kolejnych inicjatywach. Zamknęli ich razem. Po wyjściu znowu nawiązali kontakt. Wilczycki redagował gazetkę, Bryła organizował jej kolportaż. Studia skończył już po Okrągłym Stole. Widywali się coraz rzadziej, w końcu kontakt się urwał. Dopiero teraz Wilczycki przypomniał sobie, że jego kolega wrócił do rodzinnych stron, czyli do Przemyśla. Przypomniał sobie ostatnią rozmowę, a właściwie jej pointę. Robert oświadczył mu, że wraca, aby zostać milionerem. Teraz wprowadzany, wpychany czy nieomal wnoszony do kawiarni przy rynku nie potrafi nie zadać tego pytania.

Skomentuj Obserwuj notkę Napisz notkę Zgłoś nadużycie
NEWSY - TOP 5

O mnie

"DOLINA NICOŚCI" JUŻ W KSIĘGARNIACH! Wierzę, że kolejne odcinki powieści będą zaczynem gorącej dyskusji. Liczę na Was, na Wasze uwagi i oceny. Proponuję Wam również zabawę. Zainteresowani mogą kontynuować powieść na własną rękę. Będą odgadywać intencje autora, a może tworzyć dla nich interesujące uzupełnienie, albo ważny kontrapunkt. Dla najciekawszych wypowiedzi przewidziane są symboliczne nagrody.

Ostatnie notki

Tematy w dziale