Dzisiejsza GW i gazeta.pl relacjonują sprawę reklamy najnowszej książki Paulo Coehlo "Czarownice z Portobello" przedstawiającej nagą kobiecą pierś a na niej rączkę dziecka. W największym skrócie wygląda to tak: agencja reklamowa AMS ale także MZA (reklamy miały być umieszczone m.in na warszawskich autobusach) uznały, że taka reklama - pozbawiona przecież jakichkolwiek znamion seksualności - po prostu nie przejdzie. Że urazi. Że obrazi. Dodać trzeba, że żadne konkretne protesty nie napłynęły. Mimo to, zainteresowane podmioty wymogły de facto na wydawnictwie Drzewo Babel ocenzurowanie bilboardu - ukażą się one z czarnym kwadracikiem na miejscu sutka, co wedle przedstawicieli wydawnictwa stanowić będzie oko puszczone do odbiorcy.
Zauważmy - decyzja o ocenzurowaniu reklamy zapadła przed jej "puszczeniem" w miasto, na zasadzie jakby prewencyjnej autocenzury. I tu wypada zadać sobie pytanie - jaki klimat obyczajowy ale też i polityczny zapanował w tym kraju, jeśli reklamodawców ogarnia blady strach przed ukazaniem na plakacie kobiecego sutka w kontekście odseksualizowanym, przywodzącym na myśl oczywiste skojarzenia - ale raczej z macierzyństwem a nie Sodomią i Gomorą.
Do czego doszły sprawy, że ten obyczajowy zbrodnoszlaban pojawia się już nawet przy rzeczach takiego kalibru? Cóż, dowiadujemy się, że nie wolno pokazywać porucznika Grubera z "Allo Allo", nie wolno pokazywać "Teletubusi",a obecnie rzecz doszła do trzeciego kalibru - do atmosfery Świętej IV RP nie pasuje nawet heteroseksualny, prorodzinny cycek.
http://serwisy.gazeta.pl/kraj/1,34397,4207558.html


Komentarze
Pokaż komentarze (11)