Donald Tusk znów pokazał publice, że trzyma w ręku wszystkie karty. Jaki jest nowy rząd, każdy widzi. Można śmiało powiedzieć, że to teatr jednego aktora - premiera Tuska. Ponieważ z cała pewnością nie jest to ani gabinet ekspertów, ani wybitnych politycznych osobowości. Ale czemu się dziwić, skoro sam szef rządu określa swoich ministrów mianem „zderzaków”?
Fakt, że Tusk chce mieć nowy rząd pod całkowitą kontrolą pokazuje brak drugiego wicepremiera. W końcu po co dawać komuś władzę, gdy nie jest to konieczne? Waldemar Pawlak wspomniane stanowisko otrzymał z tytułu koalicji PO-PSL, ale jeśli nikt inny nie musiał zostać wiceszefem rządu, to nim nie został. Logiczne, prawda?
W nowym rządzie brak też wybitnych osobowości. I to zarówno pod względem eksperckim, jak i politycznym, chociaż takowe były w czasie kampanii i już po wyborach szumnie obiecywane. Wyjątkiem może być Bartosz Arłukowicz, ale jeśli za bardzo zacznie się „wybijać na niezależność”, wróżę mu marną przyszłość. Czyż w tej sytuacji zwrot „rząd Donalda Tuska” nie nabiera nad wyraz dosłownego znaczenia?
Czy Polacy są gotowi na taki skład Rady Ministrów? Czy nowo mianowany gabinet ma realne szanse wyjść zwycięsko ze starcia z „trudnymi czasami”, które od dawna zapowiada premier? Patrząc na personalia, jakoś nie bardzo chce mi się wierzyć, że ten rząd ochroni mnie, moich rodaków i cały mój kraj przed „złem dzisiejszych czasów”. Obym się mylił!
W kampanii i już po jej zakończeniu politycy Platformy Obywatelskiej, na czele z premierem, wiele mówili o tym, że do rządu trafią najlepsi z najlepszych, że będą to znakomici eksperci. No, ale gdzie dzisiaj są ci fachowcy? Anonimowych twarzy jest zatrzęsienie, prawdziwych osobowości z kolei jak na lekarstwo. Albo i jeszcze mniej.
Dziwnych wyborów na stanowiska ministerialne można podać wiele, ale skoncentrujmy się na dwóch najoczywistszych i najbardziej kontrowersyjnych. Czy Jarosław Gowin jest ekspertem w dziedzinie prawa? Zważywszy, że doktorat pisał z historii filozofii śmiem twierdzić, że raczej nie. A premierowskie argumenty o „pozytywnej szajbie” i „zajmowaniu się deregulacją” mnie osobiście nie przekonują. Przypuszczam, że nie jestem w tym poczuciu odosobniony.
Ale cóż z tego? Wsadzenie najgłośniejszego partyjnego krytyka na tak ważny i tak eksponowany stołek, to dla premiera strzał w przysłowiową dziesiątkę. Jeśli Gowin sobie poradzi, Tusk oświadczy, że „miał nosa” i przecież dlatego go wybrał. Jeśli wyzwanie nowego ministra przerośnie, zostanie wymieniony jak zużyta uszczelka i z pewnością ucichnie na dłuższą chwilę. A dopóki w rządzie będzie, krytykować go nie może. Ot, kolejny pozytyw.
Przykład drugi. Joanna Mucha oraz ministerstwo sportu i turystyki. Adam Giersz rewelacyjny na tym stanowisku nie był, tu zgodzą się chyba wszyscy. Ale żeby od razu zastępować go posłanką Muchą? „Why Donald, why?” chciałoby się zapytać. Perfekcyjny angielski, ładna twarz, talent komunikacyjny są zdaniem premiera jej atutami. I to za ich pomocą ma zadbać o kondycję polskiego sportu. Podobno.
Jest tylko jeden, maleńki szkopuł. Jakie ta pani ma pojęcie o sporcie? Naturalnie poza tym, że sport to zdrowie, a polska reprezentacja to biało-czerwoni. Niedługo mamy Euro 2012, po nich igrzyska olimpijskie w Londynie, a w 2014 roku Lekkoatletyczne Halowe Mistrzostwa Świata w Sopocie.
Dlatego tutaj naprawdę potrzebny był (Ba! nadal jest) ktoś, kto o sporcie wie bardzo dużo. A przynajmniej ktoś, kto mógłby ten resort utrzymać w ryzach. Pozostaje liczyć, że kobiecy wdzięk minister Muchy zadziała na prezesa Grzegorza Latę i chociaż w futbolu będzie nieco spokojniej.
Po takiej krytyce wyboru posłanki Muchy na pewno zostanę przez niektórych oskarżony m.in. o seksizm. Typowe. Zatem od razu uspokajam. Nie mam nic przeciwko kobiecie jako ministrowi sportu i turystyki. Ale, na miłość boską, niech to będzie kobieta, która świetnie orientuje się w tym temacie!
Żeby nie szukać za daleko, można wybrać kogoś z PO. Chociażby Iwonę Guzowską, Jagnę Marczułajtis czy Małgorzatę Niemczyk, które w polskim sporcie funkcjonowały przez lata i doskonale znają jego mankamenty. Pytanie, czy chodzi o eksperta, dobrego polityka, kogoś „reprezentacyjnego”, czy osobę łatwą do kontrolowania?
Wreszcie rozgrywka, którą wszyscy interesują się najbardziej, a więc „tuskowcy” vs „schetynowcy”. Opcja byłego już marszałka Sejmu została wręcz znokautowana. W rządzie ostatecznie zabrakło jednak miejsca dla Grzegorza Schetyny.
Został upokorzony degradacją ze stanowiska marszałka na szefa sejmowej komisji spraw zagranicznych (wątpię, aby niecałe dwa tysiące złotych dodatku za szefowanie komisji poprawiały mu humor). Jego stronników też za wielu nie ma, tylko dwóch - Jarosław Gowin i Tomasz Siemoniak.
Pierwszy został wrzucony na wodę tak głęboką i wzburzoną, że nawet umiejąc świetnie pływać mógłby się utopić. Drugi co prawda zachował swoją tekę, ale premier ciągle wspomina o możliwej zmianie na tym stanowisku w bliżej nieokreślonej przyszłości. Poza tym, resort obrony to jeden z najniewygodniejszych stołków w rządzie, więc wystarczy małe potknięcie, aby z niego zlecieć.
A liczba „tuskowców” w rządzie? Radosław Sikorski, Bartosz Arłukowicz, Jacek Rostowski, Sławomir Nowak, Michał Boni, Elżbieta Bieńkowska. No i jeszcze Tomasz Arabski jako szef Kancelarii Prezesa Rady Ministrów oraz szef Komitetu Stałego Rady Ministrów. A poza nimi? Same „płotki”, bo tak niestety należy stwierdzić. W tym towarzystwie nawet wicepremier Pawlak i minister Marek Sawicki wyrastają na polityków bez mała charyzmatycznych.
Co na to wszystko nowy-stary premier? - Jest to rząd potencjalnie silny - przyznał. Szkoda, że najważniejszą rolę w tym zdaniu pełni słowo „potencjalnie”. Zresztą, sam Tusk zdaje sobie doskonale sprawę, że wybrał drużynę, której łatwo będzie przewodzić, ale która zapewne nie doprowadzi go do spektakularnych sukcesów. Potwierdzają to jego słowa: „Wszystkim kandydatom do mojego rządu mówiłem, że mamy trudny czas, żaden z nich nie ma tam miejsca na zawsze”. No tak, w końcu Polska w budowie.


Komentarze
Pokaż komentarze (2)