Kiedy mówi „Nie”, myśli „Tak”. Lubi zmieniać zdanie na dzień przed ważnymi głosowaniami. Zwłaszcza, jeśli w nocy odwiedzi go anioł. Z polityki odejść nie potrafi, więc wrócił „na stare śmieci”. To jednak nie wszystko. W chylącym się ku upadkowi Sojuszu Lewicy Demokratycznej zdobywa coraz szerszą władzę. Jeśli dodać, że urodził się w Żyrardowie, a w latach 2001 – 2004 był premierem, każdy powinien wiedzieć, o kim mowa. Leszek Miller, jeśli ktoś miał jeszcze jakieś wątpliwości. Od soboty, stary-nowy szef SLD.
Bardzo spodobał mi się tytuł jednego z artykułów w piątkowej „Rzeczpospolitej”. A brzmiał on „Sojusz skazany na Millera”. Abstrahując od faktu, że „Rz” najdelikatniej mówiąc nie sympatyzuje z SLD, trzeba jednak przyznać, że tytuł oddaje faktyczny stan rzeczy w 100 procentach. Chociaż były szef rządu liderem jest raczej samozwańczym niż rzeczywistym, to biorąc pod uwagę obecne personalia Sojuszu nawet taki substytut przywódcy jest wystarczający.
Spójrzmy prawdzie w oczy, kto miał zdetronizować Millera? Marek Balt? Artur Hebda? A może Joanna Senyszyn? Wolne żarty. Chociaż SLD pod panowaniem tej ostatniej podziwiałbym z zapartym tchem, bo byłaby to doprawdy polityczna uczta dla oczu. I uszu, rzecz jasna, też.
Po cichu liczyłem do końca na Katarzynę Piekarską. No i się przeliczyłem. Wciąż przygnieciona wyborczą klęską, odpuściła walkę o stery władzy w Sojuszu, niejako wydając go na pastwę Millera. Ktoś powie, a Kalisz, a Olejniczak, a Siwiec?
Pierwszy został upokorzony przy wyborach szefa klubu parlamentarnego, przegrywając je właściwie w jedną noc (tak, tę podczas której Millera odwiedził „dobry anioł”). Drugi pogrążył się w czasach szefowania SLD i odchodził w niełasce. A Siwiec? Dobry polityk, inteligentny facet, ale nie jest tak ustawiony wśród partyjnego „betonu”, więc mimo że kandydatura interesująca, to i tak by przepadła podczas głosowania.
Przeraża mnie jeden fakt. A mianowicie przewaga, z jaką Miller wygrał wybory na szefa Sojuszu. 320 głosów wobec 95 dla całej trójki konkurentów. Czy to znaczy, że pozycja Millera jest w partii taka mocna? Nie, zdecydowanie nie. Jest to natomiast dowód na to, że SLD doskwiera zaawansowana polityczna i organizacyjna impotencja. Co gorsza, pokazuje to, że w partyjnych szeregach nie ma wielkiej chęci zmian. Przekonanie do status quo i liczenie na to, że „kryzys się przeczeka” będą gwoździem do trumny dla tego ugrupowania.
Kolejna rzecz, to ewidentny brak już nawet nie liderów, bo to wiadome było od dawna, ale chociażby wyrazistych, charyzmatycznych i szanowanych postaci. Nie ma ludzi, którzy mieliby tę partię ciągnąć do przodu i modernizować w tych jakże dla niej trudnych czasach. I Miller może zapewniać, że jest wręcz przeciwnie, ale jaki przysłowiowy koń jest, każdy widzi.
Jeżeli tymi „lokomotywami” SLD ma być stara gwardia („stary beton”, jak wolą ujmować to co poniektórzy) w osobach Krzysztofa Janika, Marka Dyducha, Piotra Gadzinowskiego, Tadeusza Iwińskiego czy Krystyny Łybackiej, to ten pociąg może nie dojechać do swojej końcowej stacji. A młodych albo brak, albo już swoją szansę przegrali, albo swojej szansy nie dostaną, bo stara gwardia, jak widać, pola ustępować nie zamierza.
Ale jest też pewien pozytyw, płynący z wyboru Millera na szefa SLD. Partia dalej chyli się ku upadkowi. Pan przewodniczący z pewnością będzie kwitować taki stan rzeczy i oskarżenia w tej materii swoim, dobrze znanym, ironicznym uśmiechem, a także obietnicami rychłych zmian i odrodzenia Sojuszu. Ba! Całej polskiej lewicy. Ale tę od jakiegoś czasu planuje odbudowywać Aleksander Kwaśniewski. Pytanie, czy w takiej sytuacji będzie mu się chciało? Czy jest sens?
Łatwiej, i szybciej moim zdaniem, jest poczekać na koniec SLD. Na to, jak ten klub wyparuje z Sejmu lub przeistoczy się w koło poselskie (co wg mnie jest w tej kadencji wielce prawdopodobne, o ile sytuacja się utrzyma). Wszystkich wartościowych ludzi z SLD czy też nawet tych mniej prominentnych, ale mających dosyć kunktatorstwa partyjnych władz przejmie, z dużą dozą prawdopodobieństwa, Ruch Palikota. Na pierwszy ogień pójdą zapewne Ryszard Kalisz i Joanna Senyszyn (która w wyborach na szefową partii wystartowała moim zdaniem po to, by... przegrać z kretesem i mieć idealną wymówkę dla odejścia z partii). A później? Kto wie, pewnie sporo będzie tych nazwisk.
- Nie można wyleczyć choroby trucizną, która spowodowała chorobę – skomentował przed wyborami szefa SLD kandydaturę Millera politolog prof. Kazimierz Kik. Wybitnie przypadło mi to zdanie do gustu, bo oddaje zwięźle acz treściwie agonalną sytuację Sojuszu. Dlatego też, w takich okolicznościach nie martwi mnie już nawet wszechwładza ex-premiera w tym ugrupowaniu. No bo czym tu rządzić, kiedy kres jest bliski? Ale cóż, przecież „kończenie”, zwłaszcza w dobrym stylu, to domena Millera. W końcu, po tym poznaje się prawdziwego mężczyznę.


Komentarze
Pokaż komentarze (1)