Źle się dzieje w państwie polskim, chciałoby się powiedzieć. A wszystko przez ACTA (Anti-Counterfeiting Trade Agreement), czyli dokument dotyczący ochrony praw autorskich, który polski rząd zamierza podpisać 26 stycznia w Tokio. Oczywiście, bez najmniejszych nawet konsultacji społecznych, chociaż sprawa, jak żadna inna, dotyczy wolności tegoż właśnie społeczeństwa.
Jeden problem, jeden rząd, dziesiątki inicjatyw sprzeciwiających się podpisaniu ACTA i setki tysięcy niezadowolonych użytkowników internetu. Tak, internetu, bowiem tego właśnie medium ACTA dotyczy w najszerszym zakresie. Bo to sieć, zdaniem pomysłodawców, jest odpowiedzialna za proceder łamania praw autorskich na światową skalę. Zaś każdy internauta to potencjalny „pirat”, którego koniecznie trzeba mieć pod kontrolą.
W zasadzie nie byłoby się czym oburzać, bo ochrona praw autorskich sama w sobie jest przedsięwzięciem wskazanym. Wątpliwości, i to olbrzymie, budzą jednak dwie kwestie – sposób przygotowania ACTA i zapisy, jakie mają się w tym dokumencie znaleźć.
Otóż, chociaż będzie to dla większości zapewne szok, konsultacje ws. ACTA na szczeblu europejskim toczą się od 2007 roku. Ale tylko między rządami i ekspertami Stanów Zjednoczonych, Australii, Japonii, Szwajcarii oraz państw członkowskich Unii Europejskiej.
I prawdopodobnie do dzisiaj nic byśmy o wspomnianej regulacji nie wiedzieli, gdyby nie depesze WikiLeaks, które ujawniły, czym ACTA może okazać się w rzeczywistości. W końcu, po co informować ludzi o tym, że chce się zagrozić ich wolności słowa? Przecież to byłoby nierozważne, prawda?
Monitorowanie internautów przez dostawców internetu lub właścicieli największych portali, nagłe odcinanie od sieci, blokowanie lub usuwanie stron z „nielegalną treścią” czy ujawnianie danych osobowych internautów na bliżej nieokreślonych zasadach. Tym właśnie może okazać się ACTA.
Może, ale nie musi powiedzą zwolennicy dokumentu. Spójrzmy jednak na to realnie. Internet od dawna był bastionem demokracji i wolności słowa (chociaż swoje też ma na sumieniu, to jasne). Często był niewygodny dla najwyżej postawionych oficjeli. Ile to razy właśnie w internecie ujawniano niewygodne treści dla najwyżej postawionych ludzi w wielu państwach? Biorąc to wszystko pod uwagę, chyba trudno się dziwić, że rządy państw pracujących nad ACTA z wielką chęcią nałożą wreszcie kaganiec internetowej społeczności.
I pomyśleć, że to wszystko przez ponad cztery lata było planowane w całkowitej tajemnicy przed światową opinią publiczną! Czy to nie jest zamordyzm? Czy to nie zwiastuje łamania praw obywatelskich? A wydawało się, że dawno już minęły czas, kiedy to obywatel o obowiązujących go przepisach dowiadywał się dopiero w chwili ich złamania. No właśnie, wydawało się.
Wróćmy jednak na nasze, polskie podwórko. Déjà vu? Nie jest to chyba stwierdzenie na wyrost, zwłaszcza po tym, jaki miał być pierwotny kształt słynnej ustawy medialnej, przygotowywanej i ostatecznie uchwalonej w poprzedniej kadencji rządu PO-PSL.
Z małym wyjątkiem. Tam, koniec końców, po głośnych społecznych protestach i wskutek powszechnego niezadowolenia, politycy poszli po rozum do głowy i uwzględnili zdanie opinii publicznej przy tworzeniu ostatecznej wersji dokumentu.
Ale wątpliwe, by był to efekt ich troski o wolność słowa w internecie. Jak zawsze, chodziło o słupki, poparcie i zachowanie dobrego wizerunku. Zwłaszcza, że do wyborów było coraz bliżej, a w pewnym okresie rząd Donalda Tuska musiał stawić czoło konsekwencjom kilku bardzo niepopularnych decyzji (np. zmian w OFE). Ergo, nie mógł sobie pozwolić na tracenie poparcia ponad uprzednie założenia.
Teraz jednak sytuacja wygląda inaczej. Dlaczego? Ponieważ w tę szokującą internautów zabawę włączyły się Stany Zjednoczone. Miłościwie nam panujący Wielki Brat ma swoistego świra na punkcie walki z „piractwem” w internecie, czego dowodem są ustawy takie jak SOPA i PIPA czy zamknięcie przez FBI w minionym tygodniu serwisów Megaupload.com i Megavideo.com.
A jak pokazuje historia, Polska zawsze bardzo chętnie robi to, co jest na rękę Waszyngtonowi. Więc jeśli Stany Zjednoczone mówią „Nie wtajemniczamy obywateli”, to nasz rząd ani myśli się sprzeciwiać. W końcu, jak by to wyglądało? Jeszcze by nas wykluczono z „globalnej wioski”.
Żenujące jest też to, że kiedy cały ten międzynarodowy przekręt wyszedł na jaw, nasz rząd nagle postanowił sprawę przemyśleć i zaplanował spotkanie premiera z ministrami cyfryzacji, kultury i dziedzictwa narodowego oraz spraw zagranicznych właśnie w celu debaty nad ACTA.
Jak się oszukuje społeczeństwo, to wypadałoby chociaż być w tym konsekwentnym. Zmienianie linii na ostatniej prostej w nadziei, że po raz drugi uda się wyborców wykiwać, a premier wyjdzie na męża stanu i wybawcę polskiego internetu wzbudza co najwyżej politowanie.
Jaki będzie finał całej sprawy? Naprawdę trudno przewidzieć, ponieważ nie jest to rozgrywka wyłącznie w naszej małej, polskiej piaskownicy. Niezadowolenie społeczne, nie tylko zresztą w Polsce, jest gigantyczne. Liczba inicjatyw przeciwko ACTA, chociażby na portalach społecznościowych, rośnie z każdym dniem i również z każdym dniem zrzeszają one coraz większą liczbę zirytowanych, ale i zdeterminowanych by walczyć o swoje prawa, obywateli.
Organizacje pozarządowe już prowadzą szeroko zakrojone lobby w obronie wolności słowa w internecie, a opozycja wykorzystuje tę okazję, aby tylko „dołożyć” rządowi i na potencjalnej tragedii internautów ugrać jak najwięcej dla siebie. Bo jeśli Prawo i Sprawiedliwość rusza z krucjatą w obronie wolności internetu i praw internautów, to świat chyba stanął na głowie.
Z drugiej strony, jeżeli państwa UE zdecydują się podpisać ACTA, jeżeli podpiszą ten dokument Stany Zjednoczone i Japonia, Francja i Niemcy, to czy ktoś uwierzy, że nasz rząd powie „Nie”, ryzykując marginalizację na niespotykaną dotąd skalę? Szczerze w to wątpię. Jeżeli zmiana w nastawieniu do ACTA nie będzie globalna, to czy nasi rządzący będą wobec tego dokumentu „za” czy „przeciw”, jego regulacje i tak nas obejmą.
I nie pomogą tutaj ani protest anglojęzycznej Wikipedii, ani rozważany protest Facebooka, ani ataki hakerów z grupy „Anonymous” na rozmaite strony internetowe w Polsce i na świecie. Jak napisał niedawno założyciel i CEO Facebooka Mark Zuckerberg: „Internet jest najpotężniejszym narzędziem, jakiego używamy do tworzenia globalnej wioski. Nie możemy pozwolić, by nieprzemyślane ustawy stanęły na drodze rozwoju internetu. (…) Dzisiejszy świat potrzebuje przywódców, którzy staną po stronie internautów”. Nic dodać, nic ująć!


Komentarze
Pokaż komentarze (1)