Nie pomogły protesty społeczne w całym kraju i lobby środowisk NGO's. Nawet ataki międzynarodowej grupy hakerów okazały się niewystarczające. W czwartkowy poranek polski ambasador podpisał w Tokio w imieniu naszego kraju najbardziej znienawidzony przez internautów całego świata dokument - ustawę ACTA. Co ciekawe, wstrzymały się od tego takie kraje jak Holandia czy Niemcy. No cóż, Polska wie lepiej i zawsze musi „się pokazać”.
Polski rząd wolał się ugiąć przed presją opinii międzynarodowej niż własnych obywateli. A tacy „stronnicy piratów” jak Holandia czy Niemcy uznali, że muszą się nad podpisaniem dokumentu jeszcze zastanowić i być może uczynią to później. Czy to daje do myślenia? Jak widać, można myśleć samodzielnie i nonkonformistycznie, ale dla naszych polityków to najwyraźniej sztuka tajemna.
Co z tego, że cały kraj protestuje? Co z tego, że międzynarodowa grupa hakerów „zajęła się” premierem i jego podwładnymi? Co z tego, że nie było konsultacji społecznych? Och, tych pytań mógłbym wypisać całą stronę i jeszcze byłoby mało. Otóż, absolutnie nic z tego. Donald Lwie Serce nikogo się nie ulęknie. Pokazał wszystkim, że jest prawdziwym „facetem z zasadami”. Sprawę zaczął w tajemnicy przed narodem, a zakończył wbrew niemu. Esencja polskiej polityki.
Ale drodzy internauci, nie martwmy się. Przecież ACTA nic w polskim prawie nie zmieni, nawet tego nie odczujemy. Prawda panie ministrze Boni, panie ministrze Zdrojewski? Po prostu w krajach cywilizowanych istnieje niepisana zasada, być może nawet tradycja, opracowywania pewnych dokumentów przez cztery lata w tajemnicy przed wyborcami. One, naturalnie, nic nie zmieniają. Jak wszystkie akty prawne przygotowywane w podobny sposób.
Nie skonsultowano się ze społeczeństwem? Nic nie szkodzi. Rząd skonsultuje się z nami po podpisaniu umowy. Przecież to żadna różnica, prawda? Zwłaszcza, że dokument w życie wejdzie dopiero po zatwierdzeniu go przez Parlament Europejski i decyzji Rady Unii Europejskiej. W końcu i moralnie, i praktycznie - tak jest lepiej. Naród ma tyle problemów, tyle spraw na głowie, więc jaki jest sens obarczać go dodatkowo jakimś tam dokumentem?
Poza tym, nasi politycy muszą trzymać fason. Jakby to wyglądało, gdyby po czterech latach pracy nad jakimś dokumentem bez informowania obywateli, teraz się z niego wycofali? Przyznaliby się zarówno do tego, że przez lata oszukiwali naród, jak i do tego, że nie mieli racji. I z pewnością ta druga kwestia zabolałaby ich znacznie bardziej. A przecież polityk to zawód zaufania publicznego. No tak, „zawód zaufania” z całą pewnością.
Zostają jeszcze zdolni hakerzy z grupy Anonymous. Zhakowali wszystko, co się dało. Wszystko, co z rządem i premierem Tuskiem miało cokolwiek wspólnego. Nawet oficjalną stronę Grzegorza Schetyny! Biedaczysko, po raz kolejny Tusk odbił mu się czkawką. Ale nasz premier przetrwał stan wojenny, więc i cybeterroryzmem się nie przejął. Widocznie woli pożegnać się z Facebookiem i skrzynką mailową niż uznać wyższość „cyfrowej opozycji”. Kto wie, może odtąd szef rządu z internetem będzie mieć styczność jedynie w kawiarenkach internetowych? Przynajmniej byłoby ciekawie.
Ja, przy okazji tego całego zamieszania z ACTA, gorąco liczę, że wyborcy nie zapomną. Jest pierwszy rok nowej kadencji, a nie od dziś wiadomo, że najlepiej wtedy „zaleźć wyborcom za skórę”. W opinii rządzących, obywatelom złość przejdzie, więc koniec końców - będzie „po staremu”. Patrząc na to, co w ostatnich dniach wyczyniał i wyczynia nasz rząd, utwierdzam się w tym, że Napoleon Bonaparte miał jednak rację, mówiąc: „Urzędnicy są jak książki na półkach biblioteki: im wyżej postawieni, tym rzadziej do czegoś służą”.


Komentarze
Pokaż komentarze (21)