Powściągliwy Dynamitard
Any writard who writes dynamitard shall find in me a never-resting fightard
7 obserwujących
19 notek
22k odsłony
1445 odsłon

Pochwała lokalności, czyli czy po tej globalnej drabinie warto się jeszcze wspinać?

Wykop Skomentuj27

W epoce prosperity (do 2019) hipsterzy inwestowali w brody i siłownie, milenialsi wydawali fortunę na podróże i przeżycia które poprawiały im nastrój w zglobablizowanym świecie, ale z takiej konsumpcji i pracy nie było przyrostu potencjału PKB (tzn. wartości dodanej dla gospodarki ani wzrostu produktywności tj. więcej fabryk, lepszych maszyn etc). 

Teraz przez lockdowny zamiast siłowni jest rower i ćwiczenie na balkonie, a ludzie konkurują ze sobą na instagramie zdjęciami wypieczonych chlebów i ziół w doniczkach. To z punktu widzenia bezsensownego zużywania zasobów jest większy postęp niż przepalanie ropy na podróże Ryanariem, ale na razie jesteśmy na etapie ograniczenia konsumpcji. 

Kiedyś to było?

Starsze pokolenie patrzy na te harce z politowaniem i wzdycha tylko, kiedyś to było lepiej. W 1963 r żyło na świecie 3.5mld ludzi, połowa tego co teraz. W Stanach 190mln (teraz 330) w Europie Zachodniej drugie tyle 190mln. Nie było internetu, dominowało radio i telewizja i owszem mieliśmy globalne gwiazdy jak The Beatles, Paula Newmana i Audrey Hepburn ale świat był mocno lokalny. Kręcili właśnie „Żandarma z Saint Tropez” gdzie słodka Francja jest przedstawiona jako de facto raj na ziemi gdzie jedynym problemem jest wycięta z żurnali młodzież opalająca się nago. Środek Trente Glorieuses prawdziwej belle epoque Zachodu.

W 1963r został też zamordowany prezydent Kennedy i w amerykańskiej nostalgii popkulturalnej to był ten moment gdy amerykański sen osiągnął swój szczyt. Inżynierowie spoglądają na 1969 i lądowanie na Księżycu oraz na 1970 gdy udało się uratować misję Apollo 13. Dziś trudno sobie to wyobrazić ale udało się nam posłać ludzi dalej niż dotarło jakiekolwiek życie ziemskie w czymś, co było niczym uszkodzona miniaturowa przyczepa campingowa i jeszcze po drodze udało się ją im tymczasowo naprawić. W tym czasie gospodarka USA produkowała 40% światowego PKB i poza przemysłem ciężkim i samochodowym w zasadzie nie była jeszcze zkorporatyzowana tak jak teraz. (Na marginesie, obecnie już prawie 50% amerykanów pracuje w korporacjach, ich struktura gospodarki jest zupełnie inna niż w Europie, a w Polsce to już w ogóle - u nas rządzi MŚP). 

To jojczenie jest urocze i szczerze mówiąc, przysłuchując się go ostatnio, dopadła mnie jakaś nostalgia. Czy kiedyś to był dobrobyt i bogactwo a teraz to upadek i gnuśność? Czuję, że globalnie żyjemy w epoce największego dobrobytu w historii Polski i pewnie ludzkości,intuicyjnie czujemy jakościową zmianę między tamtymi czasami a dzisiaj. Ale jakoś trzeba przyznać, że wskaźniki powszechnej szczęśliwości ludzi zachodu nie wychwytują. To jak Dania, gdzie najwięcej ludzi na świecie jest równocześnie szczęśliwych i bierze antydepresanty. 


Lokalność i więzi społeczne to podstawa?

Gdy w 1963 r. Ewa Demarczyk wygrała festiwal w Opolu piosenką „Czarne Anioły”, a rok później Gigliola Cinquetti wygrała Eurowizję słodką „Non Ho L'Età” w Polsce żyło 30mln ludzi, a studiowało jakieś 100 tysięcy – dziś wykształcenie wyższe ma 23% (8mln) Polaków. Migracje między miastami były utrudnione, więc na taki Kraków przypadało tych z wyższym wykształceniem kilkanaście tysięcy. Gdy się to rozbije na roczniki z uczelni, nagle wychodzi, że oni praktycznie „wszyscy się znali osobiście” i tworzyli co najmniej kojarzącą się społeczność. Z drugiej strony, świat ludzi z klasy chłoporobotnicznej w Polsce zamykał się między sąsiednimi wsiami gdzie chodziło się na potańcówki, odpusty, bitwy na sztachety z między lokalnymi plemionami a mniejsze miasteczka targowe w okolicy. Ludzie też żyli lokalnie i dobrze się znali. 

Mimo tych wielkich przełomów technologiczno-społecznych które docierały do ludzi przez mass-media żyliśmy wtedy w bardzo niewielkich społecznościach. I te grupy układały się w stromą wielopoziomową piramidę prestiżu która dawała miejsce na awans („level up” jak to mówią gracze). 

O co mi chodzi? Nie o wysokie podatki dla najbogatszych czy rozwarstwienie majątkowe (niższe wtedy niż dziś) ale o to, że we współczesnym świecie internet zlikwidował wszystkie pośrednie stopnie awansu. Zaraz się wytłumaczę.

Piłkarze grają de facto w jednej ogólnoświatowej lidze, 1-2% kopaczy zgarnia śmietankę. Atencję całej młodzieży na planecie zbiera wąskie grono gwiazd Instagrama i TikToka; udany startup z Doliny Krzemowej może w ciągu kilku lat przebić wartością PKB takiego całkiem udanego kraju jak Litwa (gdzie mieszka więcej ludzi niż w Amazonie, Microsoft, Apple, Google i Facebooku pracowników jest łącznie).

Mówiąc konkretnie: premia za zwycięstwo w każdej dziedzinie życia w pełni zglobalizowanym świecie jest nieproporcjonalnie wysoka, jak za złoty medal na olimpiadzie – nikt nie pamięta drugiego miejsca. Zwycięzca bierze wszystko. 

Wykop Skomentuj27
Ciekawi nas Twoje zdanie! Napisz notkę Zgłoś nadużycie

Więcej na ten temat

Salon24 news

Co o tym sądzisz?

Inne tematy w dziale Społeczeństwo