Działkowicze mają kolejny problem w użytkowaniu czegoś, co zostało wykonane jeszcze przez ich poprzedników. Chodzi o studnię w ogródku działkowym, wcześniej znanym jako "pracownicze ogrody działkowe" a od kilku lat jako "rodzinne ogrody działkowe".
Pewna grupa prawników dopatrzyła się naruszenia prawa przez działkowiczów, co wynika z interpretacji tych przepisów przez współczesnych prawników. Myślę, że tutaj trzeba zastanowić się nad celem prawa i intencją, w jakim te przepisy zostały utworzone. Otóż w latach 60. i 70. XX wieku bardzo często mieszkańcy okolicznych domów zagospodarowywali tereny ogólnie dostępne, często w postaci mokradeł, rozlewisk czy też po prostu nieużytków, które nie stanowiły odrębnej własności.
Te tereny własnym sumptem zagospodarowywano tworząc swoje "prywatne" ogródki działkowe.
Pamiętam także, że w latach 70. XX w. próbowano administracyjnie uregulować status prawny terenów zagospodarowanych bez formalnego tytułu do indywidualnego użytkowania wskazanej nieruchomości. Bardzo często zakłady pracy - w których ci "działkowicze" byli pracownikami - zwróciły się do właściwych "rad narodowych" o przyznanie im tych terenów z przeznaczeniem na ogródki działkowe dla swoich pracowników.
Tym sposobem udało się sformalizować funkcjonowanie tych terenów jako "pracownicze ogrody działkowe". Ale nie wszędzie. Z różnych przyczyn niektóre tereny użytkowane samoistnie przez działkowiczów znalazły się w strefie zagospodarowania przestrzennego innego, aniżeli tereny zielone. I w zależności od koncepcji zagospodarowania - część tych terenów uzyskała status ogrodów działkowych, część terenów przejęto od działkowiczów bez odszkodowania, czasem za rekompensatą finansową z uwagi na nasadzenia. Część tych samoistnych ogrodów działkowych nie uzyskała statusu ogrodów działkowych ze wskazaniem, że działkowicze mogą nadal korzystać z tych terenów do czasu rozpoczęcia wcześniej planowanej tam inwestycji - z zastrzeżeniem, że nie mogą to być nasadzenia trwałe, działkowicze nie otrzymają żadnej rekompensaty finansowej za utracone zbiory, ale też nie będą zobowiązani do ponoszenia żadnych opłat z tytułu bezumownego użytkowania terenu...
Taka mniej więcej była prawda o ogrodach działkowych mieszkańców miast.
Działkowicze - w miarę inwestowania w swój już "formalnie" ogródek - budowali sobie coraz większe i ładniejsze altanki, wprowadzali interesujące ich rośliny ozdobne, często budowali mniejsze lub większe szklarenki, by uzyskać warzywa wymagające dłuższego okresu wegetacji oraz ochrony przed zimnem wczesną wiosną.
W miarę upływu lat pojawił się problem braku wody w okresie wegetacji roślin i tutaj władza znowu wspomogła działkowców tworząc uregulowania prawne, dzięki którym wykonanie studni na potrzeby działkowicza nie stanowiły problemu. Uzasadnienie było proste - działkowicz pobierał wody gruntowe z niewielkiej ilości i w całości pobraną wodę zużywał do podlewania uprawianych roślin.
Jeżeli teraz "dzielimy włos na czworo" i dopatrujemy się, że działkowicz jest tylko użytkownikiem gruntu, a nie jego właścicielem (Zarząd pracowniczych/rodzinnych ogrodów działkowych) - to należy przywołać tutaj intencję ustawodawcy regulacji prawnych.
Prawdopodobnie w czasie tworzenia przepisów prawa regulujących opłaty za pobór wód gruntowych za "działkowicza" uznawano samoistnego posiadacza gruntu bez względu na tytuł prawny (własność, użytkowanie) i dlatego dzisiaj występuje luka prawna - która jest podstawą interpretacji nie zawsze zgodnej z intencją Ustawodawcy w chwili ustanowienia normy - czyli zwolnienia z opłat użytkownika ogrodu działkowego prowadzonego w celach rekreacyjnych i z całkowitym wprowadzeniem pobranej wody do gruntu...
Myślę, że takie właśnie rozumowanie znajdzie potwierdzenie w oficjalnej wykładni prawa...
Za:



Komentarze
Pokaż komentarze