dzida dzida
1244
BLOG

Smoleńskie lęki Premiera Tuska

dzida dzida Polityka Obserwuj notkę 9

Donald Tusk desperacko walczy o to, aby w sprawie dramatu z 10 kwietnia nie wyszło na to, że od samego początku rację miał Kaczyński a on sam dał się nabrać i uwierzył w to, że w zamian za posłuszeństwo i koncyliacyjność, może z Rosjanami rozgrywać tak istotną partię jak równy z równym.

Od samego początku powtarzałem i będę powtarzał do znudzenia, że jakakolwiek była przyczyna (lub przyczyny) katastrofy Tu-154M pod Smoleńskiem, to są one obciążeniem rządu, bo to rząd posiadał wszystkie instrumenty, aby tą wizytę przygotować i zabezpieczyć - pod względem logistyki, ochrony, dyplomatycznym. Rola Kancelarii Prezydenta była ograniczona prawie i wyłącznie do ułożenia listy gości (ktoś przytomnie zauważył, że Prezydent nie ma swoim utrzymaniu floty powietrznej, pilotów, ochrony ani ambasad i atachatów za granicą).

Katastrofa smoleńska stanowi dla Tuska coraz większy kłopot, bo w którą stronę się nie odwrócić to wychodzą jakieś niedoróbki i zaniedbania (delikatnie mówiąc) w komórkach podległych szefowi rządu - a to w BOR, a to w MON i w 36 Pułku, a to w MSZ, aż w końcu na jaw wychodzi niekompetencja, nieprzygotowanie i impertynencja samego Premiera. Są one już tak mocno widoczne, że niektóre wątki i niektóre pytania ośmielają zadawać się nawet ci dziennikarze, u których Tusk czuł się względnie bezpiecznie (np. Monika Olejnik, pytająca o kulisy wydarzeń z 10 kwietnia). Nie to stanowi jednak główny problem, ale fakt że wali się pierwotny plan załatwienia sprawy. I to z winy samego Premiera Tuska.

Plan Premiera był stosunkowo prosty - oddać sprawę prowadzenia dochodzenia w ręce Rosjan i MAK, winą obciążyć tych co zgineli, na czele komisji postawić Sekułę-bis, zarządzać jedynie słusznymi przeciekami do mediów, zagmatwać fakty tak bardzo, aby zwykłemu śmiertelnikowi nie chciało się śledzić tematu i znużony odpuścił sprawę, a opinia publiczna uznała doświadczenie z 10 kwietnia jako bolesną część historii.

Wszystko szło w miarę (w miarę!) nieźle - aż do czasu przekazania draftu raportu przez MAK. Premier choć przyznał, że samego raportu nie czytał (ciekwawostka...), a jedynie jego opracowanie, to powiedział w Brukeseli to co powiedział (raport MAK jest nie do przyjęcia). Wywołało to echo w Moskwie, bo skoro w sprawie wypowiedział się Prezydent Miedwiediew, to nie można powiedzieć, że temat został w Rosji niezauważony.

Nie wiem czy wolta szefa rządu była uzgadniana z Rosjanami (jestem w stanie uwierzyć, że część posunięć mogła być konsultowana na linii Warszawa-Moskwa), czy po prostu jest efektem emocji i dojścia przez Premiera do oczywistego wniosku, że został przez swoich kremlowskich przyjaciół zrobiony na szaro i nie jest już w stanie tego ukryć przed opinią w Polsce - tak czy inaczej, mam wrażenie że Tusk przestraszył się post factum ostrości swoich słów. Być może Premier po prostu zauważył, że Rosjanie w sposób bezwzględny (i z jego wydatną pomocą) zabezpieczyli swoję interesy (tj. "czarne skrzynki", zeznania kontrolerów, dokumenty lotniska, nagrania z wieży kontroli), jemu zostawiając jedynie obietnice, że wszystko będzie "haraszo" czyli winni są ci co nie żyją ("przypadek" oczywiście sprawił, że nie żyją tylko ci co mieli polski paszpart). Innymi słowy Rosjanie potraktowali Tuska w taki sam sposób w jaki on sam traktuję swój elektorat - dali obietnicę i nadzieję zamiast czynów.

Ale wypowiedź Tusk w Brukseli niesie dodatkowe konsekwencję.

Po pierwsze jest przekreśleniem pierwotnego planu nie podważania zaufania do Rosji.

Po drugie pokazuję, że polityka pojednania "uspokojenia", "głasnosti" z Rosją właściwie jest bankrutem.

Po trzecie ośmieliła inne organy w Polsce do sformułowania jawnych pretensji do strony rosyjskiej, którą zarówno on jak i Prezydent Komorowski otoczyli życzliwą protekcją (i znów delikatne określenie). Prokuratura ujawniła, że dalej czeka na dokumenty z lotniska, protokoły sekcji zwłok i inne ważne dla śledzctwa dokumenty. Nieprzewidywalny Edmund Klich ujawnił, że Rosjanie mataczą przy przekazywaniu nagrań z wieży, minister Kwiatkowski przebąkuję coś o zwróceniu się do organów międzynarodowych (choć to jest wg mnie jedynie prężenie muskułów, bo oznaczałoby już tak jawne przyznanie się do błędu, że bardziej nie można).

Swoje zrobili za to Rosjanie, którzy uzyskawszy od Millera zgodę na uznanie charakteru lotu jako cywilny i przejęciu "czarnych skrzynek" postanowili unieważnić te dowody, które mogą rzucać choć cień podejrzenia na służy Federacji a innych dowodów po prostu ... nie przekazać (bo zacięły się taśmy w magnetofonach na wieży - zaciętych taśm zresztą też nie przekażą, a wszystko inne stanowi tajemnicę wojskową Federacji Rosyjskiej).

Co pozostaję Premierowi?

A. Przyznanie się do tego, że został wykiwany przez Rosjan nie wchodzi w rachubę, więc Premier będzie rżnął przysłowiowego głupa i nie rozumiał prostych pytań, lub się oburzał albo miał inne zdanie, tudzież protestował przeciwko niesprawiedliwym ocenom.

B. Po czasie prężenia muskułów, dokonać ponownej wolty i grać wbrew faktom według pierwotnego planu. Można doprowadzić ewentualnie do postawienia przed sądem jakiegoś podsekretarza stanu lub wojskowego. Ale tutaj kłopot jest tego typu, że kozioł ofiarnymoże nie chcieć grać swojej roli i być bardziej gadatliwy niż tego by szef rządu oczekiwał. I co wtedy? Być zakładnikiem jakiegoś pionka czy samobójstwo w celi?

C. Położyć uszy po sobie, przyjąć raport MAK, forsując do niego jakieś nieistotne poprawki (na istotne Rosjanie się nie zgodzą i koniec), sprzedać to jako swój sukces, a żeby uniknąć pytań - całość utajnić, opieczętować i zakopać.

D. Napisać swój raport i prężyć się dalej, licząc na to, że posłuszne media staną na wysokości zadania (a jak nie staną - to wziąć je bardziej za pysk niż robi to Orban).

E.Odwracać uwagę, działając aktywnie na innych frontach propagandowej wojny. Ale na jakich, skoro nawet "The Economist" piszę (a "gazeta.pl" przedrukowuję), że wszystko to pic na wodę i ogólnie przypomina wieś potiomkinowską. Zresztą scenariusz E jest najbardziej niedoskonały, bo nie gwarantuję powodzenia czyli pomyślnego rozegrania sprawy smoleńskiej.

Kłopot polega na tym, że realizacja scenariuszy B, C, D oznacza de facto realizację planu A.

Ale to jest ten punkt, który mówi, że rację ma Kaczyński i PIS... A gdyby się jeszcze okazało, że 10 kwietnia to nie była ze strony Rosjan "prostaja aszybka", tylko coś więcej...

dzida
O mnie dzida

Staram się pisać krótko. Nie zawsze wychodzi.

Nowości od blogera

Komentarze

Pokaż komentarze (9)

Inne tematy w dziale Polityka