Dość często można spotkać się z drwiącą diagnozą, że zarówno sam prezes PiS, jak i jego wyborcy cierpią na tak zwany syndrom oblężonej twierdzy.
Dolegliwość ta, polegająca na stwarzaniu poczucia zagrożenia ze strony mniej lub bardziej wyimaginowanego wroga, ma być stanem permanentnym i charakterystycznym dla tej formacji. Stąd też wszelkie dyskusje z ofiarami tej obsesji pozbawione są większego sensu, bo nie tylko mają marne szanse na przebicie się przez mur nieufności, ale na dodatek mogą tylko dodatkowo ową paranoję podsycić.
W ten sposób faktyczni oponenci tej partii mogą ze spokojem przyjąć pełną wyższości postawę tych, którzy bardzo chcieliby jakoś się porozumieć, ale z opisanych wyżej powodów pozostaje im tylko bezradnie rozłożyć ręce. Sami indagowani natomiast bronią się jak mogą przed takim szufladkowaniem dowodząc, że nie cierpią na żaden syndrom, a najwyżej próbują dociec niewygodnej prawdy.
Przyznać grzecznie, że i owszem, wygląda na to, że faktycznie cierpi się na tę dolegliwość i jest się ofiarą perfidnej psychomanipulacji, ale wracając do meritum, co na przykład ze śledztwem w sprawie katastrofy smoleńskiej, jak wygląda sprawa dywersyfikacji dostaw gazu, jaka jest faktyczna wielkość zadłużenia, jak postępy w przygotowaniach do Euro2012 i czy to prawda, że „zaprzyjaźnionych mediów” jest coraz więcej.


Komentarze
Pokaż komentarze (21)