Gdybyśmy zapomnieli na chwilę o skrajnej wersji mówiącej, że za agresję w polskiej polityce odpowiada tylko PiS albo tylko PO, a także odpuścilibyśmy sobie uchodzącą za wyważoną opinię, że każdy, od polityków po dziennikarzy, jest jej w jakimś tam stopniu winny i przyjrzeli się zagadnieniu z punktu widzenia tzw. obywatela statystycznego, usłyszelibyśmy zapewne, że wszyscy jesteśmy już tym sporem znudzeni i zmęczeni.
Twierdziliby tak jednak ci sami ludzie, którzy biorą udział w wyborach i głosują na aktorów tego przedstawienia, bo cała niegłosująca reszta ma to gdzieś, względnie ma zupełnie inne zmartwienia.
Z tego wynika, że z jednej strony naprawdę oczekujemy zmian i jesteśmy tą nienawistną retoryką zmęczeni, a z drugiej jak najbardziej jej inicjatorom kibicujemy.
Muszą wiedzieć o tym doskonale sami politycy. W końcu potrafią świetnie ten pozorny paradoks na swoją korzyść rozgrywać i podgrzewając ciągle atmosferę oraz szczerząc złośliwie zęby z niemałą wprawą i wdziękiem na tej fali dryfować.
Wyciągnąć można stąd wniosek, że najlepszym sposobem na zakończenie owej umownej „wojny polsko-polskiej” byłoby wypięcie się na całą tę „elitę” i albo dołączenie do ignorującej politykę grupy, albo poszukanie jakiejś siły politycznej, która jest „spoza”.
I tak, jak pierwsze rozwiązanie na pewno znajdzie sporo zwolenników i może satysfakcjonować, to jednak wersja druga to tylko fikcja i mrzonka bez znaczenia.
Prawda jest bowiem taka, że nie ma w Polsce partii, która nie uczestniczyłaby w tym konflikcie, a jednocześnie miała realną szansę na przejęcie władzy. Dlatego też uważam, że możemy zapomnieć o jakimkolwiek „zawieszeniu broni”.
A jeżeli któryś sympatyk PiS, PO, SLD, PSL czy Ruchu Poparcia Kutza dla Palikota uważa inaczej, prędzej czy później będzie się musiał srogo rozczarować.


Komentarze
Pokaż komentarze (2)