Lech Wałęsa powiedział w radiu, że na miejscu premiera Tuska, poleciłby pałować protestujących związkowców z Solidarności. Stwierdzenie to wywołało oczywiście wielką burzę wśród tych, którzy o byłym prezydencie mają zdanie mniej więcej takie, jak Stefan Niesiołowski o Ewie Stankiewicz lub Leszek Miller o Ziobrze – charyzmatycznym liderze Nowej i Jeszcze Lepszej PrawicyTM.
Z większością tych opinii się zgadzam twierdząc, że jak na Legendę SolidarnościTM i laureata pokojowego Nobla (lub nawet tylko jak na znanego z kawałów Wałęsę) przesadził i to dość ostro. Sądzę, że zwyczajnie mógł sobie odpuścić. Nie musiał przecież dzielić się z Milionami PolakówTM najświeższym produktem własnych „przemyśleń”.
Tak się jednak złożyło, że nie skorzystał z okazji, by tradycyjnie popaplać o niczym. Tym sposobem mamy się na co oburzać i podtrzymywać w przekonaniu, że człowiek tego pokroju faktycznie mógł sikać kiedyś do kropielnicy.
Wydaje mi się jednak, że w tym wszystkim nie dostrzegamy rzeczy istotniejszych. Przecież teraz Donald Tusk może lansować się na łagodnego, spolegliwego i wyrozumiałego dla dzikich hord związkowców dobrodzieja. Jawić się jako człowiek, który mógł użyć sił porządkowych, ale dobrodusznie odpuścił. No bo skoro nawet ktoś taki, jak Lech Wałęsa – legendarny przywódca Solidarności i noblista – lałby związkowców patrząc, czy równo puchnie, to co dopiero skromny kawaler Orderu Słońca Peru. Czyż ktoś mógłby mu mieć za złe, gdyby użył przeciwko nim siły?
Nie zrobił tego jednak wspaniałomyślnie. Radujmy się więc i cieszmy. Do następnego razu oczywiście. W końcu cierpliwość każdego ma swoje granice, a Lech Wałęsa dał właśnie jasny sygnał, że pewne zachowania są jeszcze tolerowane, bo skoro Tacy Ludzi mówią Takie Rzeczy, z poważniejszymi konsekwencjami nieszanowania władzy wypada się jak najbardziej liczyć.




Komentarze
Pokaż komentarze (16)