Zalet standardowej kobiety z obrączką nie będę tu wymieniał. Skupię się tylko na jednej, istotnej w związku ze zbliżającymi się wyborami. Chodzi mi mianowicie o pełnoletniość statystycznej małżonki. Pełnoletniość ta pozwala jej brać udział wielkim święcie demokracji, jakim są ponoć wybory. Tak się szczęśliwie składa, że moja małżonka zupełnie nie docenia dobrodziejstwa jakim uraczyły ją sufrażystki. Jej stosunek do wybierania obsady na wiejskiej jest najdelikatniej rzecz ujmując ambiwalentny.
Tutaj jednak wkraczam ja, brutalnie egzekwując obowiązek małżeński i zmuszając kobietę tę do pofatygowania się do (jakkolwiek brutalnie to zabrzmi) urny. Na szczęście hipermarkety w niedziele nadal są otwarte i nie wymaga to przesadnych wygibasów perswazyjnych; swobodnie więc można połączyć przyjemne z pożytecznym. Ale najpierw w lokalu komisji tête-à-tête za zasłonką. Tam mój głos dzieli się na dwa.
Ostatnio odkryłem, że podobny stosunek do wyborów ma osiemdziesięciodwuletnia ciotka małżonki. Wystarczy tylko wynieść ją z mieszkania, zawieść do punktu wyborczego, postawić krzyżyk i wnieść z powrotem. Trochę gimnastyki oraz mniej estetyczne tête-à-tête za zasłonką i mam już głos numer trzy.
Podsumowując: Przyznaję szczerze, że nie wiem czy moje postępowanie jest moralne, ale nie czuję żadnych wyrzutów sumienia z tym związanych. Zastanawiam się tylko, jak wykorzystać potrójną szansę wpłynięcia na losy narodu. Oddać dwa głosy na LPR i jeden na PiS? A może odwrotnie?
Wszystkie propozycje mile widziane.




Komentarze
Pokaż komentarze (7)