11 obserwujących
132 notki
85k odsłon
478 odsłon

Na muchomory. A co będzie z olszówką?

Z Internetu
Z Internetu
Wykop Skomentuj15

„Grzybów było w bród: chłopcy biorą krasnolice..., 

... panienki za wysmukłym gonią borowikiem...,

... wszyscy dybią na rydza...;

...ale Wojski zbierał muchomory...”

Ja też zbierałem muchomory, to znaczy nie zbierałem, bo zawsze wystarczał mi jeden... Był najbardziej kolorowy za wszystkich grzybów, taki... ładniutki. 

Z dawnych czasów wyniosłem wspomnienia grzybobrania, jako niemal ogólnonarodowego obyczaju i tradycji...

U mnie w rodzinnym domu jesienne grzybobranie było tradycją i grzyby były zawsze; w sezonie smażone, duszone albo w grzybowej zupie; przez resztę roku marynowane i suszone.

Tata jeździł na grzybobranie przy każdej okazji, mama musiała zbiory czyścić, myć i skrobać... selekcjonować, poddawać dalszej obróbce; podsuszać, suszyć.

Często na grzyby z tatą jeździłem... Jak nastał era Zosi, jeździliśmy z tatą razem; albo osobno... Zosia zbierać grzyby lubiła i zawsze jakiegoś rydza znalazła; albo prawdziwka.

Ja grzybów nie zbierałem, łaziłem po lesie, rozglądałem się i słuchałem, dokąd w lesie wiatr niesie i gdzie są mrówki... Zosia zbierała grzyby, a ja się słuchałem... Pod koniec grzybobrania zawsze jakiegoś  muchomora znalazłem, bo one się wyróżniały... Inne nie, przynajmniej dla mnie.

Tata, odkąd pamiętam, zbierał grzyby które nazywał olszówkami... Olszówek było pełno; wyglądały trochę rydzowato, ale były ciemniejsze; tata mówił, że nigdy nie są robaczywe... Dużych olszówek tata nie zbierał, ale kosił średniaki i całkiem małe... Całe kobiałki...

Większe olszówki były do duszenia z maślakami, mniejsze do marynowania... Mama olszówki myła, gotowała w wodzie i potem odcedzała; gotowała i odcedzała, tak robiła trzy razy... Kiedy pytałem dlaczego, mama odpowiadała – „tak trzeba”...

Do grzybów miałem stosunek ambiwalentny, ale duszone jeść lubiłem... Duszone olszówki z maślakami z cebulką, to było niebo w gębie... Małe olszówki marynowane w occie, to też było cudo... Zimową porą wolałem je lepiej niż inne marynaty... Bardzo też przypadła mi do gustu kurkowa zupa którą mama zaprawiała śmietaną.

Pewnego razu przyszliśmy do moich rodziców na duszone grzyby razem z naszą córką, która wtedy nie miała jeszcze dziesięciu lat... Babcia prawie wmusiła w nią dwie, trzy łyżki, nie więcej... Już w nocy dziecko poczuło się źle, dostało gorączki i bólu brzuszka. W efekcie, córka wylądowała w szpitalu dziecięcym na Niekłańskiej, w Warszawie.

Babcia ciężko to przeżyła i miała wyrzuty sumienia przez długi czas... Aliści, tata tłumaczył, że jak się je pogotuje trzy razy i za każdym razem wodę odleje, można je z powodzeniem zjadać.

Po tym wydarzeniu jakiekolwiek grzybobranie przestał dla nas istnieć...

Kiedyś, olszówki można było kupić na targu, potem już nie... Dowiedziałem się dość późno, że olszówka jest grzybem trującym...

W jadłospisie zostały nam tylko pieczarki i zupa z kurek; ale...!

Poznaliśmy przypadkiem smak grzyba, który tata nazywał kanią... Ten temat przyszedł do nas krótko po olszówkach, kiedy rodzice poczęstował nas smażoną kanią... Tata przyniósł dwie duże kanie od znajomego z jakiejś miejscowości pod Warszawą. Mama obtoczyła ją w mące i usmażyła na maśle... Dwa duże kapelusze jakichś nieznanych i niepoważnie wyglądających grzybów na cienkiej nóżce, Zosi wydawały się podejrzane. Z pewną dozą nieufności spróbowaliśmy, smak pozostał na długo... Co tu dużo mówić, obydwoje z Zosią uznaliśmy smażone kanie jako rarytas... 

Potem, kilka razy kanie jadaliśmy w Polsce okazyjnie, u różnych znajomych....

W Ameryce, jadamy tylko „white mashrooms”, które są poczciwymi, polskimi pieczarkami... Służą jako dodatek do sałatek i mięs.

Prawdziwa gratka trafiła się nam podczas pobytu w Polsce, dwa lata temu... Normalnie, latamy do Warszawy czerwcu i na całe lato, które tutaj jest mało miłe; tym razem polecieliśmy w sierpniu i pobyliśmy w kraju przez część jesieni...

Na któryś z weekendów nasi przyjaciele z Warszawy zaprosili nas do swojego letniego domu na wieś, niedaleko Mińska Mazowieckiego... Poza wszelkimi wrażeniami których było wiele, znowu zobaczyliśmy grzyby, dużo grzybów... Najwięcej borowików, ale były też w obfitości, w Warszawie, na cienkiej nóżce, kanie... Mnóstwo dorodnych borowików i duże kanie.

Gospodyni usmażyła kanie na maśle; a jakże, przedtem podsypała mąką, jak to robiła mama... Niebo w gębie, które utrwaliliśmy kieliszkami Chopina, którego przywieźliśmy z Warszawy. Tutaj, dowiedzieliśmy się że Chopin, to „best potato vodka in the world”

Rzecz jasna, szukałem w lesie muchomorów, ale jakoś nie rzuciły mi się w oczy.


Wykop Skomentuj15
Ciekawi nas Twoje zdanie! Napisz notkę Zgłoś nadużycie

Więcej na ten temat

Salon24 news

Co o tym sądzisz?

Inne tematy w dziale Rozmaitości