Z Markiem Pasionkiem, prokuratorem Naczelnej Prokuratury Wojskowej, rozmawia Anna Ambroziak
Trzeba było ponad pół roku, żeby prokuratura powszechna oczyściła Pana z zarzutów dotyczących ujawnienia tajemnicy śledztwa smoleńskiego.
- Rzeczywiście, od chwili zawieszenia mnie w czynnościach i rozpoczęcia postępowania w mojej sprawie upłynęło już ponad sześć miesięcy. Dla mnie był to bardzo trudny czas. Po tym steku bzdur i inwektyw, jakie przeczytałem na swój temat, mogę powiedzieć, że nie był to najszczęśliwszy okres w moim życiu - zarówno zawodowym, jak i prywatnym. Tym niemniej z cierpliwością i spokojem oczekiwałem na końcową decyzję prokuratury powszechnej, która tą sprawą się zajmowała.
Kontent jestem z takiego rozstrzygnięcia, aczkolwiek muszę zaznaczyć, że oczekiwałem takiej decyzji, ponieważ jestem w pełni świadom tego, jakie działania w ramach nadzoru nad śledztwem przedsięwziąłem. I wówczas, i dziś moja ocena się nie zmieniła. Nie widzę w moich działaniach żadnych symptomów zachowania, które naruszałyby prawo. Nie ukrywam więc swego zadowolenia z takiej decyzji prokuratury. Ale nie powinienem i nie mogę odnosić się do zarzutów, jakie mi postawiono ze względu na mające rozpocząć się postępowanie dyscyplinarne.
Na początku tego miesiąca rzecznik dyscyplinarny Naczelnej Prokuratury Wojskowej skierował do sądu dyscyplinarnego w Naczelnej Prokuraturze Wojskowej wniosek o ukaranie mnie za przewinienia dyscyplinarne. Nie znam materiału dowodowego, jaki zebrała prokuratura powszechna, ale może być tak, że zarzuty te będą podobne. A więc te rzekome nieuprawnione kontakty z dziennikarzami, przekazywanie informacji ze śledztwa, które powziąłem, nadzorując to postępowanie, złożenie fałszywych zeznań, w których miałem zaprzeczać telefonicznym kontaktom z dziennikarzami, a także to nieszczęsne spotkanie w ambasadzie amerykańskiej, podczas którego miałem przekazać moim rozmówcom informacje ze śledztwa.
Tematycznie te dwa postępowania: prokuratorskie i dyscyplinarne, przynajmniej w jakiejś fazie dotyczą tych samych zagadnień. Postępowanie dyscyplinarne toczyć się będzie w formule niejawnej, stąd mój komentarz do tych zarzutów nie jest wskazany, mógłby rodzić odpowiedzialność dyscyplinarną, a nawet karną.
Jakie są w tej sytuacji Pańskie szanse na powrót do śledztwa w sprawie katastrofy smoleńskiej?
- Nie wiem, czy były jakieś inne motywy i cele niż te oficjalne, które znam z uzasadnienia decyzji, które przyświecały podjęciu tak drastycznych kroków, jakim - przynajmniej w moim rozumieniu - było zawieszenie mnie w wykonywaniu obowiązków służbowych. Tym niemniej ta decyzja spowodowała, że nadzór nad śledztwem w sprawie katastrofy smoleńskiej został mi zabrany.
Ostatnio odwołano mnie z funkcji zastępcy szefa Oddziału do Spraw Przestępczości Zorganizowanej w Naczelnej Prokuraturze Wojskowej i usunięty z tego oddziału. W tej sytuacji raczej nie przewiduję możliwości powrotu do nadzoru nad śledztwem smoleńskim. Dzisiaj wykonują go już inni prokuratorzy. Aczkolwiek właściwym adresatem tego pytania winni być moi przełożeni.
Czyli naczelny prokurator wojskowy gen. Krzysztof Parulski, który w czerwcu zawiesił Pana w tych czynnościach?
- Prokurator Parulski jest formalnie przełożonym wszystkich prokuratorów wojskowych jednostek organizacyjnych prokuratury, w tym również mojej skromnej osoby. To on decydowałby, jakie zadania ewentualnie bym wykonywał w Naczelnej Prokuraturze Wojskowej. W dalszym ciągu jestem jednak zawieszony w czynnościach, pomimo skierowania wniosku do sądu dyscyplinarnego, i w zasadzie do zakończenia postępowania. Zebranie całości materiału dowodowego przez rzecznika dyscyplinarnego nie zmieniło mimo wszystko oceny sądu dyscyplinarnego, który poinformował mnie, że zawieszenie jest aktualne i jest kontynuowane.
Kiedy powierzono Panu nadzór nad śledztwem smoleńskim?
- Praktycznie nadzór ten objąłem w dniu 5 maja 2010 roku, czyli niemal miesiąc po zdarzeniu.
Po odsunięciu Pana od śledztwa pojawiły się domysły, jakoby pozostawał Pan w ostrym konflikcie z gen. Parulskim?
- Proszę pozwolić, że moje relacje, w jakich pozostaję z moim przełożonym, pozostawię dla siebie. Nie będę na ten temat publicznie się wypowiadał. Zresztą wątpię, czy to ma jakieś znaczenie - to nie tego rodzaju zarzuty zostały mi postawione.
Decyzję o odsunięciu Pana od nadzorowania śledztwa smoleńskiego gen. Parulski podjął bez wiedzy prokuratora generalnego Andrzeja Seremeta.
- Dowiedziałem się o tym z prasy, po kilku dniach od mojego zawieszenia.
Odwoływał się Pan od decyzji prokuratora Parulskiego, ale prokurator Seremet tego nie uwzględnił i zawieszenie utrzymał. Jaka była argumentacja prokuratora generalnego?
- Skorzystałem na etapie postępowania wstępnego ze wszystkich przysługujących mi środków odwoławczych. Odwołałem się od bazowej decyzji po zawieszeniu mnie w czynnościach służbowych, jak również odwołałem się od decyzji przedłużającej mi to zawieszenie. W obu wypadkach nieskutecznie. Obie decyzje zostały utrzymane w mocy. Pan prokurator generalny miał prawo do zajęcia takiego stanowiska i chociaż było ono dla mnie niekorzystne, musiałem zaakceptować to rozstrzygnięcie. To była decyzja ostateczna na tym etapie, nie pozostawała mi żadna droga odwoławcza.
Prokuratura wypowiedziała się wtedy, że sam fakt spotykania się z przedstawicielami obcych państw, zwłaszcza takich, które są w tym samym sojuszu co Polska, nie jest jeszcze powodem do negatywnej oceny, a raczej to, co mogło się wydarzyć podczas tych spotkań, ale to wymaga wyjaśnienia.
- Potwierdzam to wszystko. W uzasadnieniu decyzji prokuratora generalnego są takie fragmenty. Co do tego spotkania, to chciałbym jedynie nadmienić, że nie było to spotkanie z tajnymi agentami wywiadu amerykańskiego, ale z oficjalnymi przedstawicielami służb amerykańskich. O szczegółach oczywiście nie mogę mówić. Ale stanowisko w tej sprawie zajęła prokuratura powszechna, zgromadziła dowody, jak sądzę - przesłuchała uczestników spotkania. Chciałbym też podkreślić, że ja tego faktu nigdy nie ukrywałem. Co do spotkania w ambasadzie, to rzeczywiście chodziło o przekazanie informacji. Tyle że to nie ja przekazywałem informacje ze śledztwa Amerykanom, ale to od nich oczekiwałem pewnych informacji. To taka subtelna, ale istotna różnica.
Ma Pan na myśli zdjęcia satelitarne z dnia katastrofy?
- Nie tylko. Zresztą w tej sprawie został skierowany przez prokuraturę oficjalny wniosek o pomoc prawną do Departamentu Sprawiedliwości USA. We wniosku znalazło się więc to, o czym ja rozmawiałem.
Podobno jednym z powodów odsunięcia Pana od śledztwa było to, że był Pan przekonany co do tego, iż zebrane materiały dowodowe pozwalają na przedstawienie zarzutów m.in. ministrowi obrony narodowej Bogdanowi Klichowi jako jednej z osób odpowiedzialnych za organizację lotu rządowego Tu-154M 10 kwietnia 2010 r. do Smoleńska.
- Bardzo mi przykro, ale tej okoliczności nie mogę skomentować. Prokuratura cywilna prowadzi wyłączone przez prokuraturę wojskową śledztwo dotyczące ewentualnej odpowiedzialności osób cywilnych co do przygotowania i organizacji lotów z 7 i 10 kwietnia. Prokuratorzy wyrażą własny pogląd w tej sprawie.
Na początku naszej rozmowy mówił Pan o inwektywach, jakie Pana dotykają. Co Pan miał na myśli?
- Chodzi mi o komentarze internautów, jakie pojawiły się w związku z zaistniałą sytuacją. Przez szacunek dla pani i dla siebie nie będę ich cytował. Nie obyło się bez oskarżania mnie o zdradę stanu, pisano, że trzeba mnie powiesić, wysłać na szafot, zesłać na Sybir, że jestem informatorem PiS itp.
I "Naszego Dziennika"...
- Ponieważ zbliżają się święta Bożego Narodzenia, pozwolę sobie powiedzieć, że w obliczu tego szczególnego dnia nie tyle wybaczam te oczywiste przekłamania i manipulacje, jakie pojawiły się w artykule skreślonym piórem poznańskiego dziennikarza "Gazety Wyborczej", a który prawdziwe informacje zawierał właściwie w tej części, która dotyczyła moich danych personalnych. W pozostałym zakresie to decyzja prokuratury powszechnej dała świadectwo temu, jak rzetelny był to materiał prasowy. Nie oczekuję słowa przepraszam od dziennikarza, zresztą pewnie bym się go nie doczekał. Ale zasugerowałbym panu dziennikarzowi, żeby ostrożniej dobierał swoich informatorów i bardziej profesjonalnie weryfikował uzyskane informacje. Chyba że świadomie wziął udział w takiej medialnej ustawce.
Ten artykuł wywołał bowiem określony efekt, pokazał opinii publicznej, że materiał dowodowy wskazuje na to, iż byłem informatorem takich prawicowych tytułów, jak "Nasz Dziennik" i "Rzeczpospolita". Otrzymałem podobno aż kilkadziesiąt telefonów od dziennikarzy "Naszego Dziennika"... Powiem tak: naiwnością jest sądzić, że dziennikarze śledczy siedzą za biurkiem i spokojnie oczekują na telefony od prokuratorów, m.in. od prokuratora Pasionka. Jestem przekonany co do tego, że mają swoje znakomite źródła informacji. Niekoniecznie ich źródłem musi być prokurator Marek Pasionek. Podczas wykonywania nadzoru nad śledztwem na bieżąco zapoznawałem się z artykułami prasowymi, jakie się wówczas pojawiały. Przyznam, że "Nasz Dziennik" pisał dużo i kompetentnie na temat katastrofy. A prawda jest taka, że pierwszy telefon od redaktora "Naszego Dziennika" otrzymałem po moim zawieszeniu, z prośbą o zweryfikowanie tej prasowej informacji.
Chciałbym tu podkreślić, że w katastrofie smoleńskiej zginęli nie tylko posłowie PiS. Zginęli tam ludzie, których osobiście znałem i z którymi współpracowałem. To była katastrofa ogólnonarodowa, jej wyjaśnienie leży - moim skromnym zdaniem - nie tylko w interesie posłów PiS, ale po prostu Polaków. Jeżeli chciałem coś uczynić w tym kierunku, by przybliżyć nas do prawdy, to nie robiłem tego w interesie jakiegokolwiek ugrupowania politycznego, ale w interesie nas wszystkich, Polaków.
Z inicjatywy posłów Prawa i Sprawiedliwości zostało zwołane jedyne posiedzenie sejmowej Komisji Sprawiedliwości i Praw Człowieka poświęcone Pańskiej sprawie. Nie było nikogo z prokuratury wojskowej i generalnej.
- Nie zostałem zaproszony na to spotkanie. Dowiedziałem się o nim po fakcie. Prokurator generalny nie ma obowiązku stawać na takie komisje.
Szef komisji Ryszard Kalisz powinien Pana zaprosić?
- To kwestia dobrej woli. Uważam, że warto, by posłowie poznali wersję tej drugiej strony - standardem i uczciwością byłoby to, gdyby zapoznano się z argumentami obu stron.
- Jak ocenia Pan postępowanie prokuratury w śledztwie smoleńskim?
- Powiem tylko tyle: zespół prowadzący postępowanie w Wojskowej Prokuraturze Okręgowej w Warszawie to zespół ludzi stosunkowo młodych, ale głęboko zaangażowanych. Do czasu, gdy nadzorowałem to śledztwo, tak właśnie mogę ocenić ich działania - jako nacechowane przede wszystkim chęcią wyjaśnienia wielu okoliczności tej tragedii. Ale cóż - bazowali i bazują nie tylko na materiałach przez siebie wytworzonych, ale także na materiałach, które spływają z Federacji Rosyjskiej. Z ostatnich doniesień medialnych wynika, że nasi śledczy są usatysfakcjonowani pobytem w Smoleńsku i w Moskwie. Na pewno prokuratorzy prowadzący śledztwo w tej sprawie zrobią wszystko, co w ich mocy. Ale istnieją też pewne okoliczności obiektywne, musi być dostęp do dowodów. Pozostaje pomoc prawna - zawsze oczywiście może przebiegać lepiej. Mówiąc kolokwialnie - widzę, że coś drgnęło: chodzi m.in. o kolejne wyjazdy prokuratorów. Czy jednak wystarczająco? Pytanie pozostaje otwarte.
Ale prokuratura do dziś nie dysponuje dowodami rzeczowymi jak oryginały rejestratorów, wrak etc. Czy wystarczą wyjazdy do Smoleńska i Moskwy?
- Są pewne działania, zdarzenia, których nie da się odtworzyć ani powtórzyć w dalszym toku postępowania. Fakty są, jakie są.
Jak oceni Pan fakt, że w zespole biegłych powołanych przez prokuraturę nie znalazł się żaden ekspert z komisji Jerzego Millera?
- A czy pani oczekuje ode mnie, abym zdementował ewentualną tezę, że jest to wotum nieufności dla ustaleń tej komisji? Być może jest to chęć dążenia do świeżego spojrzenia na sprawę? To byłoby dla mnie zrozumiałe. Krąg osób mających specjalistyczną wiedzę na temat katastrof lotniczych jest mimo wszystko ograniczony. Jest sztuką znaleźć w naszym kraju grono osób kompetentnych. Rozumiem, że jakąś część tych osób zagospodarował już wcześniej minister Jerzy Miller. Jeśli mimo to zdołano zgromadzić 16 osób posiadających taką wiedzę, to chyba bardzo dobrze.
Do tej pory nie wypowiadał się Pan w mediach, zdecydował się Pan jednak na rozmowę z "Naszym Dziennikiem". Dlaczego?
- Nie wypowiadałem się z racji proceduralnych - trwało śledztwo w prokuraturze powszechnej. Trwa postępowanie dyscyplinarne. Dlaczego dzisiaj? Myślę, że decyzja prokuratury powszechnej zamknęła pewien etap, stąd to krótkie podsumowanie.
Dziękuję za rozmowę.
Dla mnie człowiek, to c+u+d, czyli ciało + umysł + dusza. I o tych sprawach myślę i piszę od czasu do czasu.
Nowości od blogera
Inne tematy w dziale Kultura