0 obserwujących
30 notek
55k odsłon
  964   0

Gross czyli zadyma się najlepiej sprzedaje.

  W ostatnich dniach trwa przepychanka wokół nowej książki Jana T. Grossa "Złote żniwa". Ciężko mówić o publikacji, której się nieprzeczytało, dzięki Bogu wydawnictwo Znak po raz kolejny stając po stronie prawdy i obiektywizmu niedługo dostarczy nam ją do księgarń, oczywiście z nowym VATem, który wedle słów ministra Zdrojewskiego spowoduje zwiększenie czytelnictwa w Polsce. Wszystkie złośliwe języki, które twierdzą, że obiektywizm tego wydanictwa jest cokolwiek mniemany (czego mogłyby dowodzić odmowy wydania książek panów Domosławskiego Kapuściński non-fiction oraz Graczyka Tygodnik wobec komunistów - komuniści wobec Tygodnika) , zaś prezes Znaku, pan Henryk Woźniakowski to tchórzliwy bubek robiący dobrze swoim znajomym, na pewno jątrzą, dzielą i mają coś wspólnego z prezesem pewnej partii.

 Jednak wróćmy do meritum. Chciałbym z Państwem zanalizować pewien fenomen, który można by określić mianem promowania się przez zadymę, względnie bardziej salonowo przez kontrowersyjne tematy.

 Parę lat temu duże zamieszanie zwłaszcza na UJ wywołała praca doktorska pani Anetty Rybickiej pod tytułem Instytut Niemieckiej Pracy Wschodniej: Kraków 1940-1945 r. Institut für Deutsche Ostarbeit.

Praca ta podnosiła tezę, że naukowcy z UJ zatrudnienie w tymże instytucie dopuścili się kolaboracji, z której nigdy po wojnie właściwie ich nie rozliczono. Zaraz potem ukazał się artykuł we "Wprost" (a nie były to jeszcze czasy Tomasza Lisa), w którym bito na alarm, że oto filary polskiej nauki (prof. Semkowicz, Małecki, czy Plezia) to kolaboranci. Szczęsciem ostatni z żyjących pracowników Instytutu, prof. Ulewicz miał na tyle siły, by podjąć polemikę i wskazać dowody, w których mógl jasno udowodnić, że działał na zlecenie władz Polski Podziemnej i za ich zgodą. Żyje, więc może się bronić i co ważniejsze ma dokumenty, które jasno potwierdzają, ze nie jest wielbłądem.

 Jaki z tego wniosek? Ano taki, że piszący książki historyczne dzielą się na dwie kategorie ludzi. Takich, którzy wydają, bo muszą (do doktoratu, habilitacji, profesury itd.), ale nie interesuje ich specjalnie czy ktoś, poza wąskim gronem uczonych zajmujacych się ich tematem przeczyta te wiekopomne dzieła.  Jest też drugi gatunek. Taki, któremu (jak każdemu trzeźwo myślącemu autorowi) zależy na jak najszerszym odbiorze ich prac. Niektórzy chcą przekazać całemu światu swoją "dobrą nowinę". Inni marzą o odrobinie sławy, recenzjach w prasie popularnej, wywiadach, może o spotkaniu w telewizji. A wiadomo nie od dziś, że nic nie sprzedaje się tak dobrze masowej publiczności jak sensacja, podparta jeszcze najlepiej jakimś skrajnym poglądem.

 Co ma z tym wspólnego główny ekspert od polskiego antysemityzmu, czyli j. T. Gross? Ano, jeśli przyjrzeć się jego bibliografii, widać wyrażnie, że póki w modzie były ksiązki o zbrodniach komunizmu i uciśnionych Polakach, to takie właśnie pisał. Dla środowisk byłych zesłańców redagowana przez niego praca W czterdziestym nas matko na Sybir zesłali.. to jedna z najbardziej poważanych lektur. A trudno w tym środowisku o zwolenników teorii o wrodzonym polskim antysemityźmie.

 Jednak w latach 90-tych Gross musiał dojść do wniosku, że jeśli chce zrobić w USA karierę naukową, musi znaleźć sobie nowy temat. Sprawy polskiej martyrologii były już tres demode. Za to wzięciem cieszyły się badania, które udowadniały, że cały świat winien jest zagłady Żydów. Cały, poza milczącymi, biernymi i handlującymi do 7 grudnia 1941 roku z Hitlerem amerykańskimi Żydami. Ot i cała tajemnica.

Tym samym można by przyjąć, że Grosss i Zyzak to dwa bratanki. Jeden i drugi chciał się wylansować przez swoją pracę. Tylko o ile ten drugi spotkał się z gigantycznym ostracyzmem społecznym, tego pierwszego wciąż się fetuje i uważa jego publikacje za prawdę objawioną. Do tego samego kręgu ludzi należy pani Rybicka, próbująca się lansować dzięki redaktorom "Wprost".

Choć ostatnio muszę zauważyć (dzięki T. Lisowi) pewien postęp. Być może nawet redaktor Lis patrząc za okno odczuwał pewien dysonas, bo jako żywo nie widział tej prosperity, którą miało nam zafudnować żydowskie złoto. Być może w jego kredensie nie ma złotych łyżeczek po rodzinie np. Goldbergów, które dziadek redaktora wykopywał na polach pod Treblinką. Co więcej być może nie ma tam złotych łyżeczek, bowiem dziadkowi redaktora wyrwał je z kredensu dziadek jakieś sympatycznej mieszkanki Republiki Fedralnej (np. pani Steinbach) i do dziś zdobią one jej kredens w Hesji.

Tyle tytułem rozważań. Jeśli kogoś temat stosunków polsko- żydowskich interesuje, to dodam od siebie tekst pisany parę lat przy okazji promocji "Strachu" pana Grossa.

 

Lubię to! Skomentuj13 Napisz notkę Zgłoś nadużycie

Więcej na ten temat

Komentarze

Inne tematy w dziale Kultura