Dziś odbył się (już chyba dziewiąty raz w naszej historii) test kompetencji, zwany również sprawdzianem szóstoklasisty. Niektórzy uznają go za jeden z najważniejszych egzaminów w całej karierze edukacyjnej.
Test ten nie wpływa w żaden sposób na rekrutację do kolejnego szczebla szkolnictwa, jakim jest gimnazjum. Ma za zadanie jedynie sprawdzić umiejętności, jakie posiada dziecko kończące szkołę podstawową. Czyli w skrócie, co potrafi zrobić sam z siebie, gdy tylko się go o to poprosi.
Jednak zakładam, iż nie do końca test tego typu spełnia swoją rolę. Wg mnie w większości przypadków nie jest on obiektywny i nie chodzi mi o sposób oceniania. Wiedza, umiejętności i w konsekwencji wynik tego sprawdzianu powinien być reprezentatywny dla ucznia. Jednak mam wrażenie, że robi się z niego (podobnie jak się to ma w pozostałych przypadkach szkolnych) egzamin doraźny.
Kto wie, może obecni szóstoklasiści na kilka tygodni przed dniem dzisiejszym rozpoczęli krucjatę, zwaną potocznie zakuwaniem do egzaminu? By w teście wypaść jak najlepiej... Jeśli jest to prawda, to wg mnie jest to zła metoda. Bo to jest po prostu w pewien sposób fałszowanie obrazu polskiej edukacji, poprzez doraźne wciskanie na siłę wiedzy, którą i tak albo jutro, za miesiąc albo nawet już dziś, po zakończonym teście, uczniowie zapomną.
Jak wspomniałem wcześniej, jest to proces podobny do pozostałych sprawdzianów w toku szkolnym. Gdy wiedza jest jakaś trudna, uczniowie wkuwają ją najczęściej tylko na potrzeby egzaminu, by go zdać i mieć święty spokój. A później wedle zasady 3 (albo i 4, jak kto woli) x "zet": zakuć, zdać, zapomnieć (opcjonalnie zapić).
Wyniki dzisiejszego testu, w przeciwieństwie do gimnazjalnego i matury, nie wpływają na proces rekrutacji na kolejny szczebel edukacji. Żeby mieć go z głowy wystarczy po prostu się na niego stawić, niezależnie od rezultatu. Dziwne jest zatem hasło z reklamy jutrzejszej "Gazety Wyborczej" - "Szóstoklasisto - sprawdź, czy zdasz"


Komentarze
Pokaż komentarze (3)