W obecnej dyskusji zarówno zwolennicy jaki przeciwnicy zamiany Złotego na Euro wykazują się daleko posuniętą demagogią idącą w parze z ignorancją. Uciekają się przy tym do wypaczania istoty problemu starając się go dopasować do swoich bieżących potrzeb. Tymczasem budzenie jakichkolwiek emocji w tej akurat sprawie jest wysoce nie wskazane. Polacy muszą usiąść, policzyć i zdecydować co się bardziej opłaca. Bez bicia piany i niepotrzebnego żyrowania zbankrutowanych politycznych talentów.
W dzisiejszym Dzienniku zamieszczono dwugłos profesora Jana Winieckiego i Roberta Gwiazdowskiego w sprawie wprowadzenia Euro. Obaj panowie są związani z prestiżowym Centrum im.Adama Smith’a i należą do grona najchętniej cytowanych ekspertów w dziedzinie ekonomii. Zestawienie ich opinii jest o tyle frapujące, że w sposób jaskrawy uwidacznia różnicę nie tylko pomiędzy wartością argumentów, ale pokazuje również niezdrowe emocje jednej ze stron.
O ile Gwiazdowski podejmuje próbę podważenia argumentacji zwolenników wprowadzenia waluty europejskich regionów wytykając oczywiste braki logiki, o tyle Winiecki idzie na całość i z wdziękiem profesora złorzeczącego jaskiniowcom wymachuje propagandową maczugą ubliżając oponentom i wyzywając ich od analfabetów. Tymczasem warto się zatrzymać i zastanowić co operacja znana pod obiegowym tytułem „Będziemy zarabiali w Euro” oznacza. Jakie są jej okoliczności i jakie będą jej skutki. Zarówno te pozytywne jaki negatywne.
Zacznijmy od szeroko dyskutowanej groźby podwyższania cen. Według mojej wiedzy normalna skala podwyżek na żywność w ciągu roku wynosi od 3% do 7.5% (przy czym warto zauważyć, że obecna skala (około 7.5%) jest spowodowana fatalną modą na tzw. biopaliwa, wytwarzane z roślin zabierających coraz więcej areałów pierwotnie przeznaczonych pod uprawy żywnościowe). Winiecki w swojej wypowiedzi powołuje się na badania Eurostatu (Europejski Urząd Statystyczny), które rzekomo podważają opinie o drastycznym wzroście cen po przyjęciu europejskiej waluty. Nie mówi natomiast nic o badaniach przeprowadzanych przez instytucje niezależne i przeczy faktom prezentowanym swego czasu chociażby przez prasę niemiecką z 2002 roku o podwyżkach sięgających nawet 10-15% . Czy ryzyko wzrostu dynamiki podwyżek rzeczywiście jest znikome jak tego chcą specjaliści pokroju Winieckiego? Nie wiem. Wydaje mi się jednak, że należy się nad tym problemem rzetelnie pochylić unikając chwytliwych sloganów i pustosłowia.
Druga sprawa to istota posiadania lub zrzeczenia się przez niezależne państwo utrzymania własnej waluty. Przywilej ten posiada wiele zalet w postaci dodatkowych środków pozwalających na ograniczoną regulację rynku. Można przyjąć, że jest to narzędzie, które może uczynić wiele dobrego w przypadku dobrych administratorów zasiadających w RPP i wiele złego w sytuacji gdy w owym gremium zasiedliby nieodpowiedzialni kretyni. Pytania jakie należy postawić brzmią następująco. Dlaczego przyjęcie Euro ma się nam opłacać i dlaczego nie opłaca się takim krajom jak Wielka Brytania, Dania czy Szwecja? Czemu politycy zaczynają traktować złotówkę niczym gorący kartofel, którego należy się jak najszybciej pozbyć?
I wreszcie okoliczności. Nie odkryje Ameryki jeżeli napiszę, że obecna dyskusja na temat Euro jest, podobnie jak wojna Rządu z PZPN, próbą przykrycia braku pozytywów rządzenia przez ekipę „Chemicznego Kastro” (z tego punktu widzenia, wszelkiej maści dyskutanci powinni zachować daleko posuniętą rezerwę przy wdawaniu się w ów spór. Może się bowiem okazać (nie po raz pierwszy), że cała dyskusja będzie jałowym zajęciem, a zadecydują... Sławku Nowaku i sondaże).
Wracam do postaci Winieckiego. W swojej agresywnej wypowiedzi profesor ubliża osobom nie pałającym sympatią do racji z jego punktu widzenia oczywistych. Przejawia przy tym typową arogancję i zamiast podejmować dyskusję utyskuje i „autoryteci”. A ja wciąż nie jestem pewien jaki byłby bilans wprowadzenia w Polsce waluty regionów. Z całym szacunkiem, ale pierniczenie o szybszym wzroście, stabilności i dołączeniu do elitarnego klubu mnie nie przekonuje. Pustosłowie nie jest w stanie zastąpić konkretów, tak jak mistewiczowska narracja nigdy nie będzie w stanie przykryć rzeczywistości.
Pozdrawiam
Cytaty:
Jan Winiecki: „Argumenty, że Polska nie powinna wchodzić do strefy euro, świadczą tylko o analfabetyźmie ekonomicznym tych, którzy to mówią. Straszenie podwyżkami cen to jest taka psychoza. Badania Eurostatu pokazały, że w sumie te przyrosty cen wynosiły od 0,2 do 1 proc. Więc o czym my w ogóle mówimy? (...)”. (Dziennik; wydanie internetowe, 29.10.2008).
Robert Gwiazdowski: „Argumenty zwolenników euro są na poziomie argumentów za proszkiem do prania: "Ten wypierze lepiej!". A tak naprawdę co to jest za argument, że dzięki euro będzie szybszy wzrost gospodarczy? Jakim cudem? Jaki jest związek między kolorem farby na papierze waluty będącej oficjalnym środkiem płatniczym a tempem wzrostu gospodarczego? Makroekonomiści, którzy używają takich argumentów, nie mają zielonego pojęcia, co się dzieje w realnej gospodarce. Drugi argument. Będzie bezpieczniej. Bardzo przepraszam, ale pierwszy z drugim jest sprzeczny! Jak się chce jechać szybciej, to się jedzie mniej bezpiecznie. A argument, że łatwiej będzie podróżować po Europie, to już jest zupełny absurd. To jest robienie z Polaków kretynów, że niby nie potrafią sobie przeliczyć złotówki na euro”. (Dziennik; wydanie internetowe, 29.10.2008).
PS: Niestety nie udało mi się znaleźć szczegółowych tabel zestawiających dane o podwyżkach cen w latach 2001-2008. Jeżeli ktoś wie jak do nich dotrzeć - będe wdzięczny (Eurostat lub niezależne).


Komentarze
Pokaż komentarze (30)