FB
FB
Eternity Eternity
291
BLOG

Nie, Ben Gvir nie jest twarzą Izraela

Eternity Eternity Polityka Obserwuj notkę 47


Nie będę zaczynała od deklaracji, że jestem po stronie Izraela, bo każdy, kto mnie czyta, dobrze o tym wie. Nie mam też zamiaru za każdym razem, kiedy jakiś izraelski polityk zrobi coś głupiego o skandalicznego urządzać przed publicznością aktu samooczyszczenia i tłumaczyć, że tak, nadal uważam Hamas za organizację terrorystyczną, tak, nadal pamiętam 7/10, i tak, nadal wiem, kto porywał zakładników, kto mordował cywilów i kto zasłaniał się własną ludności w swojej swojej wojnie. To wszystko nadal pozostaje prawdą. Ale prawdą pozostaje również to, że proizraelskość nie oznacza obowiązku bronienia każdej politycznej kompromitacji w izraelskim rządzie. Bo być po stronie Izraela, to nie znaczy być po stronie głupoty.

Itamar Ben Gvir opublikował nagranie, na którym widać zatrzymanych uczestników flotylli do Gazy, którzy siedzą lub klęczą ze związanymi rękami, są już pod kontrolą izraelskich służb, a on chodzi przy nich i urządza własny pokaz siły. Według relacji izraelskich i międzynarodowych mediów minister bezpieczeństwa narodowego sam zamieścił film, na którym drwi z zatrzymanych aktywistów w Aszdod. Nagranie pokazywało ludzi z rękami związanymi za plecami i wywołało szerokie międzynarodowe oburzenie.

Chcę od razu oddzielić dwie rzeczy; Izrael ma prawo zatrzymywać flotylle, które próbują przełamać blokadę Gazy. Państwo w stanie wojny ma prawo kontrolować, kto wpływa w rejon zarządzany przez organizację terrorystyczną, jakie ma intencje i czy pod językiem humanitaryzmu nie kryje się kolejna operacja polityczna wymierzona w Izrael. Nie bądźmy naiwni. Flotylle nie są niewinną przejażdżką po Morzu Śródziemnym, a Gaza w dalszym ciągu nie jest terenem neutralnym, oderwanym od Hamasu i całej logiki wojny, którą Hamas rozpoczął i z której nadal próbuje żyć politycznie. Natomiast czym innym jest zatrzymanie, przesłuchanie i deportacja a czym innym jest upokarzający teatr urządzony przez ministra z telefonem w ręku. Bo właśnie to powiedział Netanjahu, podkreślając, że Izrael ma pełne prawo uniemożliwiać "prowokacyjnym flotyllom zwolenników terrorystycznego Hamasu" dotarcie do Gazy, ale sposób, w jaki Ben Gvir potraktował zatrzymanych aktywistów, nie jest zgodny z wartościami i normami Izraela. Dodał też, że polecił jak najszybszą deportację zatrzymanych. To ważne, bynajmniej nie dlatego, że zdejmuje z Netanjahu odpowiedzialność za obecność Ben Gvira w rządzie. Ważne dlatego, że samo centrum izraelskiej władzy publicznie przyznało, że istnieje granica między obroną państwa a politycznym chuligaństwem.

Gideon Sa’ar ujął to z mocniejszym akcentem. Minister spraw zagranicznych Izraela napisał do Ben Gvira, że ten wyrządził państwu szkodę, zniweczył wysiłek ludzi pracujących na rzecz Izraela i zakończył słowami, które powinny zostać zapamiętane: "Nie, nie jesteś twarzą Izraela." Sa’ar zarzucił Ben Gvirowi zaszkodzenie państwu po publikacji nagrania, a sam Ben Gvir odpowiedział w swoim stylu, że są w rządzie tacy, którzy nadal nie rozumieją, jak traktować "zwolenników terroryzmu".

I właśnie tu jest sedno. Ben Gvir bardzo chce wyglądać jak twarz "prawdziwego", twardego Izraela. Chce występować jako człowiek, który nie przeprasza, nie ustępuje, nie ogląda się na Europę i nie boi się kamer. Tyle, że wtedy byłaby to karykatura państwa. Siła państwa polega na tym, że działa skutecznie, zimno i zgodnie z własnym interesem. Nie musi urządzać przedstawienia nad człowiekiem, który już jest związany i pilnowany. Nie musi robić z zatrzymanych dekoracji do prywatnej kampanii ministra. I nie musi dawać przeciwnikom Izraela gotowego obrazu, który potem przez kilka dni będzie krążył po świecie jako dowód na rzekomą naturę całego państwa.

Nie wolno przy tym mieszać proporcji. Ben Gvir oczywiście nie jest Hamasem. Warto to podkreślić, bo antyizraelska publiczność natychmiast będzie próbowała wykorzystać jego zachowanie jako wygodny skrót: "widzicie, tacy właśnie są". Hamas pozostaje Hamasem. To Hamas mordował, porywał i zbudował swoją strategię na śmierci cywilów. To Hamas nadal próbuje odbudowywać władzę w Gazie przemocą. Media opisywały, jak po zawieszeniu broni Hamas wysyłał bojowników na ulice i przeprowadzał zabójstwa oraz egzekucje osób oskarżanych o kolaborację lub związki z lokalnymi grupami rywalizującymi o kontrolę. Izrael nadal działa przeciwko strukturze terrorystycznej, która nie zniknęła tylko dlatego, że część świata woli udawać, że po drugiej stronie stoi wyłącznie skrzywdzona ludność cywilna bez żadnej organizacji zbrojnej nad głową.

Ale właśnie dlatego, że Izrael nie jest Hamasem, od izraelskiego ministra wymaga się więcej à nie mniej.

Minister państwa demokratycznego nie ma prawa zachowywać się jak mały bandyta z immunitetem i telefonem. Od niego wymaga się więcej właśnie dlatego, że reprezentuje państwo, a nie sektę, gang albo kibolski kanał wideo.

To zdanie jest ostre, ale niestety sytuacja tego wymaga. Ben Gvir nie popełnił zbrodni Hamasu i nie należy go z Hamasem porównywać. To byłoby fałszywe i nieuczciwe. Ale jest czymś bardzo groźnym dla Izraela w innym sensie; jest człowiekiem, który niszczy tę różnicę obrazu. Nie rzeczywistości, bo ona nadal jest różna – Izrael jest państwem, Hamas jest organizacją terrorystyczną. Tylko że w wojnie informacyjnej obraz potrafi przykryć rzeczywistość szybciej, niż zdążymy ją wyjaśnić. Jeden kadr, jedna scena, jeden triumfalny minister nad związanymi ludźmi – i cała praca dyplomatów, rzeczników, publicystów, prawników, żołnierzy i przyjaciół Izraela na świecie spada z hukiem na ziemię.

To właśnie jest największa szkoda. Nawet nie to, że przeciwnicy Izraela nagle przestali być uczciwi, bo nigdy w tej sprawie nie byli i nie to, że aktywiści nagle dostali argument, bo argumenty potrafią produkować sobie sami. Ben Gvir dał im materiał lepszy niż ten, który by sobie wymyślili. Dał im obraz – brutalny, nośny i kompletnie niszczący dla izraelskiej komunikacji. Państwo może potem tłumaczyć, że flotylle są prowokacją, że blokada ma podstawy bezpieczeństwa, że Hamas nie zniknął, że Gaza jest przestrzenią wojny, a nie abstrakcyjnym symbolem do zachodnich manifestacji. Wszystko to może być prawdą. Ale obraz Ben Gvira robi swoje. I to jest jego polityczna wina.

Dlatego zdanie Sa’ara jest tak ważne. "Nie jesteś twarzą Izraela." To nie jest tylko elegancka nagana, lecz próba odzyskania twarzy państwa, zanim całkowicie przyklei się do niej twarz człowieka, który nie powinien jej reprezentować. Sa’ar nie powiedział: "nie jesteś twarzą umiarkowanych Izraelczyków", czy „nie jesteś twarzą naszej dyplomacji”. Powiedział coś mocniejszego: nie jesteś twarzą Izraela. Czyli nie masz prawa zawłaszczać państwa, jego flagi, wojny, cierpienia, bezpieczeństwa a przede wszystkim jego wizerunku po to, żeby budować własną legendę twardziela. Bo Ben Gvir nie zachowuje się jak człowiek, który rozumie wagę państwa, ale jak polityk, który potrzebuje konfliktu, obrazu i natychmiastowego aplauzu. Potrzebuje pokazać swoim wyborcom, że on "nie będzie się patyczkował". Tylko że minister bezpieczeństwa narodowego to nie jest człowiekiem od produkowania satysfakcji dla własnej bańki. To jest funkcja państwowa, a ta, w czasie wojny wymaga właśnie tego, czego Ben Gvir najwyraźniej nie ma: dyscypliny.

Można zatrzymać flotyllę bez poniżającego spektaklu i deportować aktywistów bez robienia z zatrzymanych rekwizytu. Można bronić granic bez niszczenia własnej wiarygodności. To nie są tylko niuanse dla delikatnych dusz a jest elementarna inteligencja państwowa.

I nie, krytyka Ben Gvira nie jest prezentem dla antyizraelskiej publiczności. Prezentem dla niej jest Ben Gvir. Jego nagranie, gesty, satysfakcja. Jego polityczna potrzeba upokorzenia tam, gdzie państwo powinno pokazać chłód, procedurę i pewność siebie. Krytykowanie go nie oznacza przyjęcia narracji przeciwników Izraela. Oznacza odmowę oddania im izraelskiej twarzy w ręce człowieka, który zachowuje się tak, jakby interes państwa kończył się tam, gdzie zaczyna się jego własny elektorat. Tu właśnie rozchodzą się dwie rzeczy, które antyizraelska propaganda bardzo chętnie skleja. Izrael ma prawo się bronić i walczyć z Hamasem. Ma prawo nie ufać flotyllom, które płyną w stronę terytorium rządzonego przez organizację terrorystyczną i żywią się światowym zainteresowaniem bardziej niż realną odpowiedzialnością za skutki swoich akcji. Ale Izrael nie potrzebuje ministra, który każdą taką sprawę zamienia w darmową amunicję dla tych, którzy chcą zniszczyć jego obraz. Proizraelskość nie polega na milczeniu wobec takiej szkody. Polega czasem właśnie na tym, żeby powiedzieć: dosyć, ten człowiek nie broni Izraela, tylko go kompromituje.

Czy Netanjahu go odwoła? Na dziś nie widać wyraźnego sygnału, że zapadła taka decyzja. Jest publiczna krytyka, dystansowanie się i próba ograniczenia szkód. Ale jest też arytmetyka koalicyjna, czyli ta brzydka część polityki, w której wszyscy widzą problem, a mimo to problem siedzi nadal przy stole. I to jest osobny dramat. Bo jeżeli ktoś w rządzie wyrządza państwu poważną szkodę, sama nagana nie wystarcza. Państwo nie powinno tylko mówić: "to nie nasze wartości". Powinno jeszcze umieć wyciągać konsekwencje wobec człowieka, który te wartości publicznie kompromituje.

Ben Gvir nie jest twarzą Izraela, jest błędem, za który Izrael płaci za drogo. I właśnie dlatego trzeba go krytykować nie z pozycji antyizraelskiej, lecz z samego środka proizraelskiego stanowiska. Bo kto naprawdę broni Izraela, ten nie ma obowiązku bronić człowieka, który robi z Izraela darmową amunicję dla jego wrogów.

Sa’ar powiedział mu: "Nie jesteś twarzą Izraela." I oby to zdanie nie zostało tylko elegancką naganą. Bo Izrael nie potrzebuje ludzi, którzy w czasie wojny robią z państwa paliwo dla własnego ego.

Anne Goldschmid

Źródła w komentarzu

Photo: AP/ Ohad Zwigenberg See less

W komentarzach podam różne opinie.


 



Eternity
O mnie Eternity

Try to be Meraki, - means “to do something with soul, creativity, or love”

Nowości od blogera

Komentarze

Pokaż komentarze (47)

Inne tematy w dziale Polityka