Kolejna flotylla aktywistów, próbująca „przełamać blokadę” Gazy, została zatrzymana przez Izrael i natychmiast pojawiły się oskarżenia o „nieludzkie traktowanie” uczestników akcji. Radosław Sikorski zażądał nawet przeprosin. Cała ta sytuacja wygląda jednak bardziej na starannie wyreżyserowany spektakl polityczno-medialny niż na realną misję humanitarną.
Od dawna wiadomo, że tego typu flotylle mają przede wszystkim wywołać konfrontację i dostarczyć mediom odpowiednich obrazków. Ich organizatorzy doskonale wiedzieli, że Izrael zatrzyma taki statek — i właśnie na to liczyli. W tym sensie nie sama interwencja mnie dziwi, lecz histeria wokół niej.
Samo zatrzymanie statku, skucie części osób i zastosowanie twardych procedur bezpieczeństwa nie są niczym szokującym. Państwo przejmujące jednostkę na morzu nie organizuje przecież pasażerom swobodnego spaceru po pokładzie. Problemem nie była więc sama procedura, ale polityczny teatr, który urządził wokół niej Ben Gvir.
To właśnie on stał się tu największym obciążeniem dla Izraela. Zamiast chłodnej, profesjonalnej operacji i krótkiego komunikatu, świat dostał obrazki ministra, który macha flagą, pozuje pod kamery i zachowuje się jak polityczny błazen. Tego rodzaju triumfalizm nie wzmacnia państwa, lecz dostarcza przeciwnikom gotowej amunicji propagandowej.
I tu właśnie leży sedno problemu z Ben Gvirem. Nie dlatego, że jest po prostu „faszystą”, bo to słowo bywa dziś nadużywane do granic sensu. Problem polega na tym, że reprezentuje skrajnie radykalny nurt nacjonalizmu religijnego, a przy tym łączy ideologiczną pewność siebie z ostentacyjną potrzebą pokazania siły. Taka mieszanka jest politycznie groźna, bo odbiera zdolność do chłodnej oceny skutków własnych działań.
Po 7 października izraelskie społeczeństwo żyje w stanie gniewu, traumy i zmęczenia, co łatwo zrozumieć. Tym bardziej jednak Izrael powinien reagować chłodno i proceduralnie, a nie emocjonalnie. Nie dlatego, że świat zacznie go nagle uczciwie oceniać, lecz dlatego, że każda demonstracja gniewu natychmiast staje się paliwem kolejnej fali antyizraelskiej narracji.
Flotyllę należało zatrzymać spokojnie, skutecznie i bez żałosnego widowiska politycznego. Resztę świata i tak dopowiedziałby sobie sam.
Na polskim podwórku sytuacja wygląda zresztą równie ponuro. Sikorski z wielką łatwością poucza Izrael, podczas gdy w Polsce ludzie pokroju Brauna czy Berkowicza mogą bez większych przeszkód działać na szkodę państwa i ku pożytkowi Rosji. Może więc zamiast domagać się przeprosin od Izraela, warto byłoby najpierw zająć się własnym krajem — zanim odda się go rzeczywistym radykałom, tu na miejscu.
Internet jest pełen zdjęć roześmianych uczestników tej antyizraelskiej flotylli.
Może wiecie, kto ostatnio opłacił te ok. 500 osob?


Komentarze
Pokaż komentarze (29)