Na salonowej mapie bohaterów jedno z kluczowych miejsc zajmuje razwiedka. Słowo rosyjskie, popularyzowane bodaj przez Michalkiewicza ma określać sowieckie i post sowieckie służby w samej Rosji i w krajach byłego bloku wschodniego.
W fabularyzowanych opowieściach salonowych tuzów razwiedka jawi się jako organizacja ponadnarodowa, fantastycznie wyszkolona i przygotowana, z jasno określonym celem i gotowa do wszelkich poświęceń aby go osiągnąć. W literaturze popularnej jedynym odpowiednikiem są chyba tolkienowskie Nazgule - nieśmiertelni i śmiertelnie groźni słudzy imperium zła.
Niestety jak się bliżej przyjrzeć to gwiazdka razwiedki nieco blednie. W szczególności parę rzeczy kompletnie nie zgadza się z faktami, które wszyscy znamy.
Po pierwsze i najważniejsze - nic nie wskazuje na to, żeby razwiedka działała na korzyść Rosji - a jest to przesłanka podnoszona niemal przy każdym tekście ocierającym się o działalność służb. Po dziesięciu latach rządów razwiedki Rosja jest słaba jak nigdy, ze spauperyzowanym społeczeństwem, nieistniejącą gospodarką, z degenerującym się potencjałem militarnym, kompletnie nieprzygotowana na starcie zarówno militarne jak i ekonomiczne z Chinami, które są obecnie dla Rosji najpoważniejszym zagrożeniem. Służby zaludniają ludzie skoncentrowani raczej na sobie i własnym interesie niż na dobru kraju, narodu czy nawet na budowaniu dynastii a to w oczywisty sposób ogranicza ich horyzont.
Podobnie rzecz ma się z działaniami - to co mamy okazję obserwować nie skłania raczej do wysokiej oceny możliwości razwiedki. Zresztą gdyby tak było, czy imperium zawaliłoby się z takim hukiem? Obserwujemy wciąż ten sam wachlarz bezpieczniackich metod - podkładane bomby, niszczeni niepokorni przedsiębiorcy, przekupywani bądź szantażowani politycy (w kraju i za granicą), zabójstwa lub próby zabójstw... w ten sposób można sporo zniszczyć ale niewiele zbudować. Wystarczy porównać ze sposobem działania Izraela, w którym służby są tylko dodatkiem do polityki i gospodarki i zobaczyć jakie to przynosi efekty.
Na koniec parę słów o współpracownikach zwanych u nas popularnie TW. Dominuje na salonie opinia, że są to ludzie związani z razwiedką na dobre i na złe, wszędzie gdzie się da węszący i realizujący rosyjski interes. Ba, nie trzeba być TW żeby być o to posądzonym, właściwie wystarczy nie należeć do PiSu i już! Mamy tedy obraz ludzi pozbawionych woli, celów i właściwości, pracujących niestrudzenie i ochoczo na sukces sowieckich służb. Nie wiem jak zdaniem salonowych tropicieli razwiedki wychodzi porównanie naszych polskich TW z ich odpowiednikami z krajów zachodu, gdzie PRLu nie było. Wolę w każdym razie naszego Boniego, niż niemieckiego dajmy na to, Szredera - choć obaj są w jakiś sposób umoczeni we współpracę. Wolę też powiedzmy takiego Solorza, który podpisał jakiś papier żeby robić biznesy niż jego odpowiedników nie mających nic wspólnego ze służbami, którzy tuszowali sprawę katastrofy w Bhopalu. Nie wierzę też, żeby przeciętny TW robił cokolwiek dla razwiedki ze strachu, przywiązania czy dobroci serca. Znacznie prościej przyjąć, że robią to dla własnej korzyści a jeśli tak - nie ma przecież znaczenia czy byli TW czy też nie. Ludzie gotowi zdradzić czy wziąć łapówkę sami znajdą sobie okazję.
e.192957


Komentarze
Pokaż komentarze (19)