Na salonie gdzieś w bocznych pokojach odbija się dyskusja o życiu poczętym. Nie chce mi się w nią mieszać bo sprawa jest szalenie skomplikowana i na blogach pomija się większość ważkich problemów i proponowanych rozwiązań.
Chciałem tylko zwrócić uwagę na pewien fakt, który dobitnie wskazuje na hipokryzję "obrońców życia". Z całą powagą przekonują nas oni, że dla nich zygota, zarodek, życie poczęte, płód, dziecko narodzone - znaczą tyle samo.
Kłamią.
Łatwo to udowodnić. Jest wiele stowarzyszeń i zgromadzeń zajmujących się pomocą dla sierot i pozbawionych opieki dzieci. Ile jest takich, które pomagają zarodkom? I nie, nie mówię o tych, którzy protestują przeciwko aborcji, prezerwatywom albo zapłodnieniu in vitro. Pytam o takich, którzy gotowi są zarodkami się zaopiekować - o obrońcach życia, którzy uporczywie walczą o zagnieżdżenie się każdego zarodka (czy fundacje kościelne finansują takie badania?) i zmniejszenie liczby naturalnych poronień, o siostrach zakonnych i bogobojnych kobietach, które przyjmują na siebie trud noszenia takiej ciąży i urodzenia "niechcianych dzieci". Znacie takich? Ja nie znam a swego czasu szukałem.
Nie wierzcie więc faryzeuszom, którzy udają troskę o los każdej poczętej istoty i próbują was przekonać że szanują jej los jak każde ludzkie życie. Oszukują i wykorzystują bezwzględnie wiarę, żeby postawić na swoim.
e.55235



Komentarze
Pokaż komentarze (40)