1 obserwujący
40 notek
24k odsłony
  342   0

Pandemia i życie.

Niedługo minie rok od momentu gdy covidowe szaleństwo eksplodowało w naszej rzeczywistości.

Właśnie zaczynam trzeci "pandemiczny" urlop, który przesiedzę w czterech ścianach, bo za oknami ciągle ta sama smutna i paranoiczna rzeczywistość. Tak, będę tworzył spiskowe teorie, będę wylewał żale i złorzeczył na polityków, media i wielkie korporacje. Chociaż patrząc dookoła stwierdzam, że inni mają gorzej....

Retrospekcje

Początek był jak dobry thriller. Zaczęło się od zwiastunów, filmowych migawek, relacji i doniesień z dalekiego Wuhan. Jak to bywa w filmach ogół wcale się tym specjalnie nie przejął - bo to pierwszy raz coś tam hula w dalekiej Azji? Była grypa ptasia, świńska, SARS i MERS i kto wie co jeszcze. Pohula, postraszy i wszystko wróci do normy. Potem jednak media i cała potęga internetu zaczęły dokładać do pieca. Wszyscy chyba pamiętamy te obrazy - padający na ulicach Chińczycy, wymarłe ulice i kilkadziesiąt koparek uwijających się przy budowie szpitali. Do tego szeptanki o biologicznej broni i fałszowanych statystykach zgonów. Następny etap to słynne statki wycieczkowe, z których poszczególne rządy ewakuowały, albo i nie, swych obywateli. Chwilę potem transmisje live jak przebiega kwarantanna. Z chwilą przybycia turystów do ojczyzny media miały prawdziwe używanie. Pamiętacie państwo te czasy gdy liczba wszystkich potencjalnych nosicieli przemieszczała się kawalkadą kilku autokarów do specjalnych szpitali? Z dzisiejszej perspektywy jakiż to był piękny czas.

W całej tej niepewności i medialnej panice pocieszające było kilka rzeczy - zarażenie nie oznacza jeszcze choroby, a choroba nie oznacza od razu wyroku śmierci; jeśli nie jesteś stary i chory to szanse rosną i najważniejsze - dzieci są bezpieczne.

Doszliśmy z żoną do logicznego wniosku, że zarażenie jest nieuniknione. Duże miasto, dużo ludzi, tysiące interakcji, setki "wspólnych powierzchni", dziesiątki samolotów lądujące w Edynburgu każdego dnia....Skoro tak to trzeba przygotować swe organizmy na uderzenie choroby - ruch na powietrzu, hartowanie, suplementy i witaminy. I aby do wiosny. A z resztą jak coś ma się stać to i w drewnianym kościele cegła na głowę spadnie.

Rok temu na przełomie stycznia i lutego zaraza uderzyła we Włochy. Znów obrazki i doniesienia. Życie rodzinne w zamknięciu. Praca w lockdownie. A na forach i w blogosferze relacje i opowieści "w czasach zarazy". W UK zaczęła się już zakupowa gorączka - znikały środki odkażające, żywność i papier toaletowy. Nie mogłem oprzeć się wrażeniu, że media aż podskakiwały z radości transmitując obrazy pustych półek, apele o spokój i unikanie paniki. Niedługo potem Pierwszy Lockdown, akurat z początkiem mojego urlopu.

Pierwszy tydzień to była codzienna porcja wiadomości - liczby i statystyki. Wieczorami coś na kształt apelu poległych i obowiązkowe oklaski dla bohaterów z NHS. W drugim tygodniu miałem już tak dosyć, że ani razu nie obejrzałem wiadomości. Jak na skrzydłach wróciłem do pracy. A tam wszyscy żywi i zapracowani bo robota aż paliła się w rękach. I tylko środki do ochrony i dezynfekcji wysypywały się z każdej szuflady i szafki.

Racjonalizacja

Miasto było jak wymarłe. Nie było tłumu turystów. Nie było uciążliwych korków. Czas do wiosny przeleciał szybko. Stopniowo otwierały się sklepy, wraz z poprawą pogody coraz więcej ludzi wylegało na skwerki, plaże i do parków. Wydawało się, że życie powraca do normy.

Złudne to były nadzieje. Poszczególne kraje przyjmowały własne regulacje i obostrzenia. Mądre eksperckie głowy snuły swoje teorie. Fruwały w przestrzeni niestworzone liczby i prognozy. Rządy rozpoczęły niespotykany dodruk pustego pieniądza i "programy pomocowe". Z chwilą gdy odwołano mi wylot na wyczekiwany urlop przyznaję, że puściły mi nerwy.

O co chodzi do ciężkiej cholery? Gdzie, pokażcie mi, gdzie są te stosy trupów chowane w masowych grobach na obrzeżach miast? Czy covid to jest ebola? Czy codzienna statystyka zgonów robiłaby na kimkolwiek wrażenie gdybyśmy w czasach przed pandemicznych co wieczór odczytywali długą listę śmiertelnych zejść? No i sama pandemia - czy to nie czasem WHO zmieniła jej definicję? Ta sama skompromitowana organizacja, która odpaliła pandemię świńskiej grypy w 2009 roku? Czy kilka krajów nie utopiło wtedy miliardów na zakup szczepionek?

A może wszyscy już mieliśmy covid? Pamiętam dokładnie przełom listopada i grudnia 2019 roku - bardzo dużo znajomych i kolegów "coś rozłożyło" - dzień, dwa lub tydzień solidnej grypy. Sam doświadczyłem nagłego osłabienia w środku dnia - ból mięśni, gorączka i jakby ktoś włożył mi wór kamieni na plecy. Łyknąłem coś na rozgrzanie i wskoczyłem pod kołdrę, a rano już byłem jak nowo narodzony. W Polsce styczeń i luty 2019 to relacje rodziny i znajomych o jakiejś zjadliwej grypie - szkoła w rodzinnej wsi zamknięta była przez trzy tygodnie bo w klasie stawiało się troje dzieci.

Lubię to! Skomentuj10 Napisz notkę Zgłoś nadużycie

Więcej na ten temat

Komentarze

Inne tematy w dziale Rozmaitości