0 obserwujących
189 notek
303k odsłony
  205   0

Rotfeld: Europa Środkowa i USA oddalają się od siebie

Z prof. Adamem Rotfeldem, byłym ministrem spraw zagranicznych, rozmawia Marcin Herman

Razem z innymi osobistościami z Europy Środkowej, jak Lech Wałęsa, Vaclav Havel, Aleksander Kwaśniewski, były prezydent Litwy Vaclav Adamkus, była prezydent Łotwy Vaira Vike-Freiberga podpisał Pan list do prezydenta USA Baracka Obamy z apelem, by Ameryka nie zapominała o swoich sojusznikach w naszej części świata i nie poświęcała ich dla dobrych stosunków z Rosją. Był pan współautorem analizy, która była podstawą dla tego listu. Ogłoszenie listu zbiegło się z wizytą Obamy w Moskwie. Czy sytuacja jest aż tak dramatyczna?
- To nie tak. Raport, czy też analiza były gotowe na długo przed wizytą prezydenta USA w Moskwie. Nie braliśmy pod uwagę tego, co się tam wydarzy. Chcieliśmy po prostu wykorzystać moment. W Białym Domu zasiadł młody, nowy prezydent, który ma ambicję, by twórczo i świeżo spojrzeć na sprawy międzynarodowe. Dlatego ze zrozumiałą nadzieją chcieliśmy przestawić mu, jak my widzimy stosunki z USA. Poza tym, mija 20 lat od upadku komunizmu i czas na bilans tego okresu także z perspektywy międzynarodowej.

Jaki jest ten bilans?

- Transformacja w naszym regionie okazała się sukcesem: ugruntowała się u nas demokracja. Ta część Europy nie stanowi żadnego zagrożenia dla bezpieczeństwa międzynarodowego. Jednak nie wszystko jest idealne. Oddziałują na nas kryzysy globalne, regionalne, a czasem problemy wynikają z tego, że państwa mają wewnętrzne turbulencje o różnym charakterze.

Co z tego wynika?
- To, że USA potrzebują Europy, a Europa potrzebuje USA. Brzmi to banalnie, ale by realizować taki program potrzebny jest wysiłek po obu stronach. Po drugie, NATO wymaga renesansu, bo zmieniły się warunki międzynarodowe. Po trzecie, pojawiło się w USA i w naszej części świata nowe pokolenie. Dla młodych ludzi nazwiska Havel czy Wałęsa, a także wspieranie przez USA zmian w Europie Środkowej to historia. Pojawiło się też jakościowo nowe zjawisko międzynarodowe, jak kwestia bezpieczeństwa energetycznego. Wreszcie, są na świecie konfliktogenne obszary, takie jak Bliski Wschód, Azja Środkowa, czy Półwysep Koreański, które grożą wybuchem. Kraje Europy Środkowej i Polska w rozwiązywanie niektórych z tych konfliktów się angażują, często z narażeniem życia własnych żołnierzy. Angażujemy się nie dlatego, że mamy w tych częściach świata bezpośrednie interesy. Jest to nasza inwestycja w sojusz ze Stanami Zjednoczonymi. Liczymy na to, że w sytuacji, gdybyśmy znaleźli się w potrzebie, to i oni zaangażują się po naszej stronie. Brak zainteresowania Europą Środkową ze strony amerykańskiej przekłada się na postrzeganie USA przez opinię publiczną.

To dlatego sympatia do USA od lat stopniowo w Polsce spada?
- Z tego, ale nie tylko z tego powodu. Jeszcze parę lat temu głównym problemem w oczach naszej opinii publicznej i mediów była kwestia wiz. Dziś coraz mniej się o tym mówi. Polacy, którzy chcą realizować się zawodowo czy naukowo za granicą, wybierają kraje Unii Europejskiej. Następuje więc dość istotne rozluźnienie więzów na poziomie politycznym, społecznym i gospodarczym między naszą częścią Europy a USA. Intencją autorów listu było to, aby uprzytomnić prezydentowi USA tego typu nowe zjawiska.

Czy winę za rozluźnienie stosunków ponoszą tylko USA?

- Nie, w naszym liście jest wiele uwag samokrytycznych. Niektórych wewnętrznych problemów nie potrafiliśmy sami rozwiązać.

A co z tarczą antyrakietową w Polsce i Czechach? Czy decyzja w tej sprawie, jak pisze część polskiej prasy, będzie testem dla stosunków polsko-amerykańskich?
- Nadaje się tej sprawie zbyt dużą wagę. Poruszyliśmy w liście sprawę tarczy w sposób ilustracyjny. Z punktu widzenia militarnego tarcza nie ma wielkiego znaczenia. Dla bezpieczeństwa Rosji – nie ma żadnego. Ale jeżeli przyjmujemy jakieś dwustronne zobowiązania, to muszą one być honorowane. Jeżeli można robić to wspólnie z Rosją – tym lepiej. Sprawy między Polską a USA, czy Czechami a USA nie powinny być traktowane jako pochodna uzgodnień między mocarstwami. Last but not least: zaangażowałem się w ten raport i podpisałem list, bo uważam, że we wszystkich krajach naszego regionu, w tym w Polsce, nastąpiła tabloidyzacja i infantylizacja debaty na tematy poważne. Jeżeli można zapoczątkować pogłębioną debatę między sześcioma państwami naszego regionu i – co więcej – uzgodnić między tymi państwami oraz między politykami o różnych poglądach wewnątrz tych państw wspólne stanowisko – to jest to ogromna wartość sama w sobie. Jest coś pozytywnego w tym, że nasz list poparł prezydent Kaczyński i minister Sikorski. Polityka zagraniczna nie powinna być zakładnikiem wewnętrznej gry.

Czyli nie można tego listu łączyć z tym, że polityka Baracka Obamy jakoś szczególnie powinna niepokoić Polskę i naszych bliższych i dalszych sąsiadów?
- Nie, wprost przeciwne. To fakt, że Obama przejął władzę, obudził nadzieję na odwrócenie negatywnych trendów. Obama jest młody, twórczy, a zarazem pragmatyczny. Jest symbolem i uosobieniem zmiany.

Jak z więc z tego punktu widzenia ocenić minione pół roku prezydentury Obamy?
- Podczas wizyty w Moskwie pokazał klasę męża stanu: poparł euroatlantyckie aspiracje Gruzji i Ukrainy oraz niepodległość i integralność terytorialną Gruzji – potwierdził, że szanuje wartości, na których opiera się polityka zagraniczna USA. Z drugiej strony pokazał Rosjanom perspektywę poprawy dwustronnych stosunków, a zwłaszcza redukcji zbrojeń nuklearnych.

Niektórzy w Europie Środkowej właśnie tego się obawiają, że poprawa tych stosunków będzie naszym kosztem.

- Nie obawiam się tego. Wierzę w zdrowy rozsądek, pragmatyzm, kreatywność, ale też w ciągłość polityki amerykańskiej. Obama sprawił, że USA jawią się dziś w świecie jako mocarstwo znacznie bardziej atrakcyjne – są lepiej postrzegane. Głównym problemem Obamy jest kryzys.

Wierzy pan, że może być lepszym dla Europy Środkowej prezydentem, niż G.W.Bush?
- Jednoznacznie. W przypadku administracji Busha było dużo wzniosłej frazeologii. W rzeczywistości prezydent Bush i sekretarz obrony Rumsfeld mieli głęboko zakorzenione przekonanie, że USA nie potrzebują sojuszników i partnerów, ale zwolenników, którzy gotowi są bezkrytycznie wspierać Amerykę. „Misja określa koalicję” – chcesz, to możesz się przyłączyć. Amerykanie uwierzyli w swoją gwiazdę i potęgę. Był to błąd. USA są co prawda potężne, ale nie wszechpotężne.

Można jednak spytać: po co w ogóle USA Europa, nie tylko Środkowa, a Europie – USA?
- Podam przykład stosunków USA z Polską. W czasach zimnej wojny Stany wspierały opozycję demokratyczną. Umacniało to w Polsce od dawna głęboko zakorzenione poczucie wspólnoty wartości. Amerykanie dużo inwestowali też w czynnik „ludzki”. Osoby, które tam studiowały miały wpływ na pokojową transformację w Polsce. Dotyczyło to nie tylko ludzi opozycji, ale zdolnych młodych ludzi kojarzonych z drugą stroną. Było to działanie mądre i dalekowzroczne. To wszystko stopniowo zanika. Kurczą się też inne formy współpracy. Np. gospodarczo nieporównanie ważniejszym niż USA partnerem są dla nas Niemcy i Rosja. W naszym regionie rośnie obawa, zwłaszcza w małych krajach, że bezpieczeństwo na naszym kontynencie bez ścisłej współpracy Europy i USA będzie zagrożone. Warto pamiętać, że znacznie taniej i łatwiej jest zapobiegać niż rozwiązywać potencjalne konflikty i stawiać czoła nowym zagrożeniom. Przecież Europa zawdzięcza swój pokój i bezpieczeństwo wspólnocie transatlantyckiej i trwałej od 1945 roku obecności USA na naszym kontynencie. Powiem wprost: Europa bez Stanów Zjednoczonych byłaby obszarem mniej bezpiecznym i mniej stabilnym.

Lubię to! Skomentuj9 Napisz notkę Zgłoś nadużycie

Więcej na ten temat

Komentarze

Inne tematy w dziale