Jest zimno, jak nie powinno być o tej porze roku. Kaloryfery gdzieniegdzie znów grzeją, kurtka zimowa kolejny raz (wcześniejszy był 10 kwietnia, w rocznicę) ocalała przed hibernacją głęboko w szafie.
Rodzice dziś wprowadzili mnie w głęboki stres obwieszczeniem, że znów przygotowali ubrania, ktoś będzie jeździł w sobotę, zabierze je... Rzecz jasna większosc ubrań stanowiły moje, obecnie nienoszone, ale nie znaczy, ze zapomniane albo obojętne. Jak zwykle nie rozumieją, że mają dla mnie wartość - te, które zostały. Przecież nie kupuję przedmiotów mi niepotrzebnych. A jesli się zniszczą, nie nadają sie również dla kogoś innego jako upominek charytatywny.
Tyle usilowanie racjonalizowania; prawda wygląda tak, ze nie potrafię pozbywać się czegokolwiek i nigdy nie potrafiłam. A dokładniej, to nie chcę. Rodzice klasycznie predysponowani ze względu na przedział wiekowy do gromadzenia drobiazgów od pojemników po jogurcie do torebek foliowych (zgodnie z hasłem "wszystko się może przydać") wypadają przy mnie niemal jak beztroskie nastolatki.
Ojciec wybrał "dla biednych" ich ulubiony polar szpitalny. Kiedys był mój, potem nosiła go mama, potem ojciec - dwa lata temu. Ostatnio znów mama.Teraz dopiero pomyślałam, że być moze skojarzył się tacie negatywnie jako towarzysz niechcianych przecież szpitalnych przygód. Ale to nie tak, ojciec przecież wyjaśnił: jest na niego za krótki, przyciasny wobec pewnej nadwagi.
Polar. Taki młodziutki i świeży ... ile to już lat temu? Wstyd ze względu na niego dokładnie podliczyć. Ale co, jeśli nawet kilka dobrych lat ma na karku ta bluza. Firmy Polartec, porządna i ciepła. Nabyłam go z okazji wyjazdu na szkolenie długotrwałe i męczące. Kilkumiesięczne. Bardzo korzystnie prezentował się wówczas, a ja razem z nim. Potem oddałam go mamie - nagle bardzo chorej, ale już w trakcie rehabilitacji. Był jeszcze młody, elegancki rehabilitacyjnie i ciepły. Mama zadawała szyku wśród innych pacjentek wystepując w róźach i transparentnych zieleniach; zbyt jeszcze początkująca w rekonwalescencji, aby zaprotestować i odwrócić tendencję kolorystyczną w kierunku beżów. Kutreczka pasowała wizualnie, łamała zdecydowane barwy. Potem..
Różne miał przygody, obecnie nieco wychudł, zakończenia przy rękawach nieznacznie się przetarły, ale nie jest jeszcze najgorszy. Ma porządny zamek błyskawiczny, nie zmechacił się, "baranek" zachował. Odebrałam go niezrozumiale rozochoconym wśród płaszczy, przyciasnych koszulek i jeansów (wspominałam o nadwadze taty?) moim rodzicom, a niech sobie oddają sweterek z cekinami, którego nigdy nie widziałam nałożonego przez mamę, w ogóle nigdy nie widziałam... albo futro z nutrii kolor jasny beż. Ale...
To jest historia. Jeśli pozbywać się wszystkiego, bo akurat niepotrzebne, okazuje się, że jednak plan się zmienia. Wraca zimno i okazuje się dobrym posunięciem zatrzymanie zimowej kurtki czy brak wymiany opon na letnie. Ale to takie racjonalizowanie jest, a prawda wygląda tak, ze nie potrafię pozbywać się czegokolwiek i nigdy nie potrafiłam.
Ocalony polar powiesiłam w szafie, okaże się, kiedy zostanie użyty. Niniejsza opowieść zmieniła jego historię - będę o nim pamiętać bardziej czynnie, skoro zaistniał jako bohater. Może nałozę go specjalnie wychodząc na ogród albo po sprawunki podczas wizyty u rodziców. Ale może trafi się równie dobry i wtedy zastąpi tamten. Czy wówczas polar 1 zostanie oddany "dla biednych" za moją zgodą? Może zabiorę go sobie wtedy jako utracony i po latach odzyskany? Jest wciąż w zbyt dobrej formie, aby uznać go za niezdatny do użytku.


Komentarze
Pokaż komentarze (4)