O tym, że wydawnictwa edukacyjne kręcą duże lody na podręcznikach wiem doskonale z autopsji. Pracowałem w największych tego typu firmach i potwierdzam przerośniete ceny (właściwie zmowę cenową wydawnictw, bowiem przypadkowo ceny wszystkich pakietów są podobne - 5 proc. w górę, lub w dół).
Potwierdzam również fakt korumpowania szkół sprzętem. Szczególnie dużych szkół, gdzie jest 5, 6 lub więcej klas na poziomie. Duże wydawnictwa potrafią zejść do zera z zysku na klasie 1 i zaoferować 10, lub 15 tys. zł na zakup sprzętu, wiedząc że mają pewny zysk w latach następnych (koszt wytworzenia pakietu do klasy 1, to ok 1/4 jego ceny końcowej). Bywało, że rozmowy szkoły z wydawnictwem w sprawie wyboru podręczników zaczynają się od tego "co nam dacie?". To na pewno jest patologia.
Co w związku z tym załatwie darmowy podręcznik? Moim zdaniem mamy tu do czynienia z klasycznym przykładem wylania dziecka z kąpielą:
Po 1 - zapanuje ogromny chaos i niepewność wśród nauczycieli, którzy znając realia wszelkich reform edukacyjnych w naszym kraju, książkę ową dostaną do ręki na ostatnią chwilę i testować będą program na żywym organizmie, czyli dzieciach.
Po 2 - sam podręcznik to najmniejsza część oferowanego obecnie pakietu dla ucznia. Pozostałe to ćwiczenia, zeszyty do kaligrafii, oraz zajęcia komputerowe. Tego rząd za darmo nie da. Elementy te będą funkcjonować jako materiały dodatkowe, Ze słów premiera wyynika, że nikt nie będzie mógł rodzica zmusić do ich zakupu. Zataczamy więc koło i cofamy się o 20 lat, gdzie była książka i klasyczne zeszyty. Świat się jednak zmienił. Te wydawnictwa to przecież nie tylko krwiożerczy kapitaliści próbujący wydoić rodziców. Nad stworzeniem całej otoczki materiałów dydaktycznych pracowały przez ostatnie dekady setki naprawdę wysokiej klasy autorów. Ich praca idzie teraz do śmieci. Sami nauczyciele też są w kropce. Przez latach nauczyli się pracować na książkach i ćwiczeniach. Mogli wybrać pakiet, który pasował do ich klasy. Są bowiem zestawy dla klas lepszych, słabszych, średnich, oraz cała masa dodatków, w tym multimedialnych, która pracę urozmaica i wzbogaca. Teraz bez żadnego przygotowania, przeszkolenia, udoskonalenia warsztatu muszą od tak zmienić całą filozofię pracy. Nikt nie odważy się bowiem, przynajmniej w pierwwszym okresie zaproponować zakupu dodatkowych ćwiczeń, bo będzie raban. A co jeśli w klasie część rodziców będzie chciała wyposażyć dzieci w dodatkowe materiały, a część nie? Będą lepsi i gorsi?
Po 3 - Wydawnictwa jeśli nawet przetrwają tę reformę, to zmuszone będą do ogromnych reorganizacji. Setki autorów, redaktorów, pracowników działów handlowych, przedstawicieli, pracowników drukarni straci pracę. Same firmy będą miały niższe zyski i będą płaciły niższe podatki. Oczywiście najwięksi przetrwają, bowiem są jeszcze książki do 4-6, gimnazjum i szkół ponadgimnazjalnych, jednak proszę mi wierzyć edukacja wczesnoszkolna to dla wydawnictw zyski największe.
Po 4 - Czy na prawdę jesteśmy tak biednym społeczeństwem, że rodziców nie stać na wydanie raz do roku 200 zł na pakiet? Nie mówię o gimnazjum i szkole średniej, gdzie wydaje się nawet do 1 tys. zł. No ale tam darmowych podręczników nie będzie. Przypominam, że istnieje program wyprawki szkolnej, gdzie rodziny wielodzietne i te których dochody nie są wysokie, otrzymują zwrot pieniędzy wydanych na książki.
Darmowy podręcznik to tani populizm. Straty z tym związane będą o wiele większe od ewentualnych zysków. W konsekwencji gdy temat okrzepnie, rodzice i tak będą płacili za dodatkowe materiały.
Rząd mógłby określić maksymalną cenę jaką może kosztować taki podręcznik i wtedy wydawcy mogliby przygotować swoje oferty, nauczyciele wybieraliby co im się najlepiej podoba, a państwo wykładaloby kasę na zakup. No, ale nikt nie zrobi porządnej książki, która przetrwa lata za 10 zł.


Komentarze
Pokaż komentarze (1)