Motor City`s Burning – from Motown to The Stooges
Zazwyczaj w przypadku dokumentów muzycznych tytuł wyjaśnia wszystko. Biorąc się za dokument „Motor City`s Burning – from Motown to The Stooges” spodziewałem się tego co po większości podobnie zatytułowanych dokumentów. Przepełnionej archiwalnymi zdjęciami, nieco romantycznej, historii kwitnących i odchodzących w niepamięć super-grup muzycznych, gatunków, producentów i muzyków.
Tak też się zaczęło. Z początku wszystko idzie klasycznie: czarni z południa przyjeżdżają pracować w fabrykach samochodów, Johnny Lee Hooker wprowadza bluesa do świata pop, wybucha moda na muzykę studia Motown. Dwumilionowe Detroit zyskuje przydomek „wzorcowego miasta”. Wszystko przetykane wywiadami z ludźmi, którzy byli częścią tamtego świata. Jednak sielanka się urywa. Wybuchają zamieszki. Pod czekoladową polewą Motown, tętnią ciśnienia na tle rasowym. Policjanci ścigają bezrobotnych pijaków, ci deklarują, że z chęcią spędzali by dzień na zabijaniu białych. Ten punkt zwrotny w historii Detroit, staje się jednak dla twórców dokumentu tylko pretekstem do zerwania z obietnicą opowiedzenia historii muzycznej, na rzecz skupienia się przez pozostałe 80% dokumentu na kilku zespołach, z czego nie wiedzieć czemu dominuje ten najmniej znany. Z czasem jednak wszystko staje się jasne. Zespołem tym jest MC5, przed-punkowa „kultowa” formacja, która za namową swego menadżera Johna Sinclair`a postanawia stać się częścią historii Detroit, nawet jeśli nie będzie to jej część muzyczna.
Mniej więcej w połowie dokumentu jeden z żyjących muzyków MC5 deklaruje swój zachwyt nad czarnymi panterami, a podstarzały John Sinclair, który z jointem w dłoni udzielał wywiadów od początku filmu, opowiada jak założyli bractwo „Białej Pantery”, które miało swym manifestem wspierać bractwo czarnych panter. I do samego końca filmu mamy już tylko opis zamieszek w Detroit z punktu widzenia Sinclaira i jego muzyków. Widzimy ich bohaterską postawę, prześladowania ze strony policji i sądów. Policja aresztuje Sinclaira „za posiadanie”, czym oczywiście muzycy MC5 tłumaczą swój brak sukcesu poza granicami getta Detroit. John Lennon śpiewa piosenkę i Sinclair zostaje uwolniony.
Okej, jest trochę o Stooges, Funkadelic czy Alice Cooper - trudno by o nich tu nie było - ale wątek MC5 dominuje. I właśnie problem w tym, że nie dominuje muzycznie, lecz ideowo. Stali się oni źródłem zachwytu reżysera/komentatora Bena Whalley`a. Nie opowiada on jednak o tym, jakie idee tliły się w ich głowach, o co im chodziło, lecz tylko o tym, jak te idee były wspaniałe i jak wielu ludzi z czasem „zainspirowały”. Gdyby tylko raz o tym wspomniał, można by to było uznać za stylistyczny dodatek, ciekawostkę. Wiadomo, zespoły inspirują młodych, którzy zakładają kolejne zespoły. Ale jeśli ciekawostka powtarza się tak często staje się osobnym wątkiem, który należało by spełnić. Film niestety nowej obietnicy nie wypełnia. W głowie zostaje zachwyt nad Sinclairem, podziw dla czarnych Panter, kolegów rewolucjonistów, nienawiść do policji i całego rasistowskiego Jues-of-ej.
Może i oto nawet chodziło twórcom filmu. Ale jeśli chcemy poznać mechanizm tego uniesienia, trzeba odpalić wikipedię. Źródło niekoniecznie stuprocentowo wiarygodne, ale do przytoczenia rzeczy niezaprzeczalnych wystarczające. Od razu widzimy, że Sinclair, wg wikipedii poeta, pochodzi z tego samego miasteczka, co Michael Moore, czyli robotniczego Flint. Jedziemy dalej. Założył z żoną wspomniane białe pantery, określane delikatnie jako grupa białych socjalistów. W Wikipedycznym opisie „białych” i „czarnych” panter pojawia się, oprócz odwzajemnionej miłości do siebie i nieodwzajemnionej do komunizmu, inny wątek wspólny. 10-punktowe programy obu organizacji.
I tu uniesienie zamienia się w pikujący lot w kierunku ziemi.
„Czarne pantery” zainspirowane postępowymi ideami z odległych krajów, domagają się między innymi natychmiastowego zatrudnienia wszystkich bezrobotnych czarnoskórych, przyznania im domów, opieki medycznej, porządnej edukacji, a w ostatnim punkcie domagają się wszystkiego innego: ziemi, chleba, sprawiedliwości ubrań, pokoju i kontroli nad technologią. Nie piszą, co oferują w zamian, ale niespełnienie żądań skończyć się ma odebraniu rządowi wszystkich tych rzeczy siłą.

Wiec „czarnych” panter.
W rękach „Czerwone ksiażeczki Mao”.
Wróćmy do białych. Pierwszym punktem ich dekalogu jest żądanie spełnień żądań „czarnych”. Tak więc żądania „czarnych” stają się teraz tylko załącznikiem do żądań „białych”. Punkt drugi, niczym w regule Hitchcocka, zwala z nóg. Uwolnienie kultury poprzez zgodę na rocka, dragi i seks na ulicach. Okej, to można potraktować jako żart, ale co z dalszymi punktami? Te zaczynają się od słowa „darmowe”. Darmowe ma być: wymiana dóbr - „żądamy końca pieniądza”, dostęp do mediów i informacji (chodzi pewnie o czas antenowy), darmowy czas i darmowa przestrzeń, rozmycie naturalnych granic, darmowe szkoły i inne struktury. Ubrania i inne rzeczy mają być darmowe teraz także dla rasy białej! Uwolnijcie natychmiast wszystkich więźniów – głosi punkt 8 – to nasi towarzysze! Uwolnić żołnierzy! Uwolnić ludzi spod „Przywództwa”. Każdy ma być „przywódcą”! Cała siła w ręce ludu! – Tak to wygląda w skrócie. W przeciwieństwie do czarnych panter, sami nie strzelali na skrzyżowaniach do policjantów, by podkreślić znaczenie swego „przekazu”. Ograniczyli się do śpiewania piosenek. Praktykę zostawili „zainspirowanym”.
Lista postulatów panter brzmi jak zawodzenia pijanego idioty? Nic więc dziwnego, że FBI rozpoczęło obserwację członków tego ruchu. Agenci musieli strasznie się zdziwić widząc Johna Lennona udzielającego się na zjazdach „Białych Panter”. Pewnie zdziwiło ich jak wielką przemianę musiał przejść obywatel Lenon, który kilka lat wcześniej śpiewał:
“But if you go carrying pictures of Chairman Mao
You ain't going to make it with anyone anyhow” – The Beatles, “Revolution”

Film zamyka przypomnienie osoby Eminema, która według twórców filmu jest współczesnym piewcą problemów socjalnych Detroit, którego zaludnienie spadło poniżej miliona, a upadające fabryki zwalniają kolejne tysiące pracowników.
Dokument nie wspomina o innych pierwszoligowych artystach z Detroit. Nie ma wzmianek o Sony Bono, Tedzie Nugent, czy Kid Rocku, ale na pewno nie dlatego, że ci mogli by mieć inne zdanie na temat poruszanych problemów. Przecież nie da się zmieścić wszystkich poglądów w jednym filmie !
BBC nie udało się nawet do końca zmieścić w tym filmie jednego poglądu. Dlatego wyprodukowało w tym samym czasie inny dokument „Requiem for Detroit”.
Film dłuższy, omawiający upadek miasta muzyki i samochodów. Za reżyserię odpowiedzialny w tym wypadku jest Julien Temple, świetny reżyser teledysków i dokumentów muzycznych. Film ma lepsze tempo, historia sukcesu i upadku rynku motoryzacyjnego wciąga, sekwencje gdzie kamera towarzyszy ekipom chłopaczków bawiących się w eksplorowanie ruin jest rewelacyjnym uzupełnieniem wywiadów z mieszkańcami miasta, którzy w tych ruinach kiedyś się uczyli, bawili i pracowali.
„Requiem” nie jest tak jednoznacznie propagandowym wypiekiem proletariackiej myśli postępu i sprawiedliwości, jednak nie ustrzegł się wielu kuszących uproszczeń. Wciąż powracają wyrzuty pod adresem wielkich firm, które to oskarżane są o spowodowanie kryzysu i upadku miasta.
Fakt, to w tych fabrykach pracę znajdowali liczni niewykwalifikowani mieszkańcy okolic i z tych właśnie zakładów po wielu latach prosperity zostali wyrzuceni. Ale twórcy filmu dając czas oskarżycielom Forda i GM nie pokusili się o głos rozsądku, który zajrzałby głębiej w istotę sprawy. Idąc śladem wypowiadających się osób (zwolnieni pracownicy plus kilka osób z poprzedniego dokumentu) można dojść do wniosku, że GM pracowników zwolniło, bo ich nie lubi, a firmy upadły bo „krwawym kapitalistom” znudziło się zarabianie pieniędzy. Nie ma też wzmianki na temat postulatów jakie u producentów samochodów wywalczyły związki U.A.W. - I nie mowa tu o przerwie na siusiu, czy urlopie macierzyńskim. U.A.W. pojawia się tylko raz, w charakterze ludowego bohatera, który „zdemokratyzował fabryki Forda”. Jak się ta kolektywizacja skończyła, widać jak się wpisze w google: „Detroit abandoned” [Twórca Googla - Larry Page, też pochodzi z Detroit].
Cokolwiek konsekwentny jest tutaj jednak towarzysz John Sinclair (podpisany wreszcie jako poeta). On cieszy się, że GM w Detroit upadło. Cieszy go upadek banków –wciąż widać wierzy w swe „białe” postulaty sprzed lat. W swym krótkim życiu chciałby jeszcze zobaczyć upadek Disneya i innych gigantów.
I znów po obejrzeniu filmu odnosimy wrażenie, że całe zło wynika z chęci posiadania, a jako że jesteśmy wszyscy bezwolnymi matołami o czystych sercach, chęci tej nie mielibyśmy gdyby nie grube ryby, które nas wytresowały. Henry Ford składając do kupy (w swej stodole w Detroit) pierwszy „bezkonny powóz” nie ryzykował porażki, straty funduszy i czasu. Nie myślał o komforcie ludzi (a już na pewno nie o komforcie koni). Jako reakcjonista marzył skrycie o zniewoleniu swym wynalazkiem mas, które jednocześnie ogłupi i obłupi. Śnił po nocach o ludziach zaciągających kredyty na wymarzone auto.
Każdy więc, kto tylko dowie się, że ktoś z jego środowiska lub rodziny wpadł na jakiś pomysł i chce go zrealizować, ma natychmiast zgłosić to do najbliższej placówki służb miejskich!
Tam przydatność pomysłu zostanie poddana szczegółowej ocenie ludowej komisji.
Oglądając interpretacje wydarzeń w Detroit miałem wrażenie, że jedyne czego do pełni obrazu brakuje, to lekka korekta stylu narracji:
Kiedy już ludzie polubili nowe wynalazki i zamienili powóz na samochód (doprowadzając do zapaści na rynku dorożek) z czasem swe niecne plany objawili krwiopijcy z kraju kwitnącej wiśni. Skupili oni swe niecne knowania na produkcji silnika, który oszczędza energię i konsumuje jedną czwartą paliwa przy podobnych obciążeniach. Rasistowski marionetkowy rząd USA uderzył w prostego człowieka w miejsce najmniej strzeżone. Wykorzystał jego słabość i niewiedzę. Pozwolił mu samodzielnie wybrać pomiędzy produkcją własną a japońską. Pozbawieni dostępu do prawdy, zniewoleni umysłowo obywatele, w zdecydowanej większości wybrali wydajniejsze Nissany i Toyoty, pozbawiając tym samym fabrykantów z Detroit zbytu na ich paliwożerne blaszane smoki. Związki zawodowe, rozsierdzone tym, że na sprowadzane samochody nie nałożono 500%-ego cła i 800%-ego podatku od uzyskanych oszczędności, robiły więc wszystko co w ich mocy, by nie pozwolić zakładom GM wejść na prostą drogę do moralnej porażki – drogę głębokiej rekonstrukcji metody produkcji, która pozbawiła by związki swej siły jak i umożliwiłaby rzecz najstraszniejszą w sprawiedliwym społecznie świecie – KONKURENCJĘ z Japończykami.
Żarty żartami, ale rzeczywistość centrum Detroit jest nie wesoła. Zakłady upadają, ludzie tracą środki do życia, programy pomocowe nie zapewniają ulgi nawet w najmniejszym ułamku. Według niektórych (okolice BBC) miasto umiera z braku dofinansowania, zdaniem innych (okolice FOX) z nadmiaru rządowych ingerencji wszelkiego rodzaju. Detroit nie jest jednak, jak przewidują socjaliści z dokumentu „Requiem for Detroit” czarną wizją przyszłości Kraju. Detroit było miastem specyficznym, opartym na jednej gałęzi rynku. I kiedy ta gałąź się załamała, ból upadku poczuło całe miasto.
Odchodząc na moment od przyczyn owego załamania, możemy przyjrzeć się innej lekcji jaką dają nie zideologizowane dokumenty, lecz sama rzeczywistość. Uzależnienie od jednego źródła, skupienie mocy w jednym punkcie może dać poczucie siły, ale przynosi często bolesne konsekwencje w postaci braku odporności na kryzys. Jest to lekcją, która powinni odebrać wszyscy zwolennicy centralizacji i tworzenia kosmopolitycznych super-instytucji, tak głośno wypowiadający się ostatnio w mediach. Jeśli tego nie zrobią, porażka Detroit będzie zarówno bolesna jak i bezcelowa.
p.s.
Poza wspomnianymi dokumentami, (zamiast?) polecam obejrzenie krótkiego video-bloga Stevena Crowdera, opowiadającego tą samą co BBC historię z odmiennego punktu widzenia.
To te dziesięć minut, których zabrakło.



Komentarze
Pokaż komentarze