Karton Karton
81
BLOG

HOT TUB TIME MACHINE, czyli kąpiel progresywna.

Karton Karton Kultura Obserwuj notkę 0

Normalnego człowieka powinien od omawianego tytułu odstraszyć już sam tytuł. Czego można oczekiwać od filmu, który z pewnością będzie poruszał zgrany na wszystkie sposoby motyw podróży w czasie, a w dodatku obiecuje nam prezentacje wanny z bąbelkami? Przypominają się tytułu filmów z lat osiemdziesiątych, chwytliwe słówko, odrobina kiczu, obietnica przygody. Nie bez przyczyny.
Dziwić może obsada. Poza Johnem Cussackiem, który nie narzeka na brak propozycji, pojawiają się stali bywalcy planów filmowych wysokobudżetowych komedii ostatnich pięciu lat. Nawet w drobnym epizodzie hotelowego posłańca pojawia się Crispin Glover, znany fanom gatunku „time travel” z roli ojca Martina McFly z „Powrotu do przyszłości”. Można zatem podejrzewać, że w fazie produkcji film nosił inny tytuł, taki co nie odstrasza agentów gwiazd.

Do tytułowej wanny wsiada czterech gości, których łączą dwie rzeczy: wyidealizowane wspomnienia studenckich czasów i rozgoryczenie własnym losem. Poza kilkoma sytuacjami obliczonymi bardziej na rechot niż na śmiech, nic w tym filmie przez dłuższy czas nie zaskakuje. Czterej koledzy za sprawą awarii jacuzzi trafiają w sam środek dekady lat osiemdziesiątych. Wrócić nie mogą, czekają aż wanna zostanie naprawiona przez tajemniczego montera (w tej rólce z kolei odkurzona, choć wciąż siwa gwiazda lat 80`ych - Chevy Chase), a w ciągu tych kilku godzin czekania, nie mogą naruszyć kontinuum czasoprzestrzeni, zmieniać biegu wydarzeń, deptać robaków, etc. Będzie to trudne, ponieważ jakimś cudem trafili na dzień, który w życiu każdego z nich jest (w przeciwieństwie do struktury scenariusza) przełomowy.

I tak pomiędzy rechot-scenami twórcy filmu serwują nam dawki lekkostrawnej filozofii, głównie o tym, jak to każdy może zmienić swoje życie każdego dnia - o ile oczywiście dane mu będzie cofnąć sie w czasie.
Nawet z takiej lekcji filozofii bohaterowie filmu korzystają dość powierzchownie. I chociaż każdy z nich na swój sposób da się lubić, tak o żadnym nie można powiedzieć by na swój kiepski los nie zasłużył, ani nawet, że podróż w czasie, spojrzenie na siebie z dystansu i cały ten skomplikowany zabieg mógł go czegoś nauczyć. Ostatecznie w filmie zaczyna dominować smutna aura predestynacji, bohaterowie są bezsilni i w końcu jeden spośród nich wpada na „genialny” pomysł, który wyprostuje dorosłe życie całej czwórce. Pomysł jakby zerżnięty z drugiej części „Powrotu do przyszłości” – gdzie Martin Mc Fly postanawia zbić fortunę obstawiając znane mu z przyszłości wyniki spotkań sportowych, co z resztą jest dla niego i jego filmowych bliskich przyczyną tragedii.
W „Hot Tub” pomysł ten przechodzi gładko – co znamienne, wpadł na niego największy idiota z całej czwórki – i sprawia, że dorośli już bohaterowie, po naprawieniu wanny i powrocie do roku 2010, taplają się w luksusach. Wszystko za sprawą „obstawienia” akcji Googla, Twittera, viagry, internetu, „wypromowaniu” muzycznego hitu, czy szeregu inwestycji w to co ostatecznie na rynku wygrało.

Bohaterowie filmu od początku deklarują się jako „progressive”, czyli po naszemu „postępowi”. Początkową motywacją do ucieczki z lat 80`ych jest fakt iż, jak określa jeden z nich, jest to dekada „Aids i Ronalda Reagana”. Co ciekawe, twórcy filmu najprawdopodobniej też należą do postępowego obozu politycznego, gdyż inna zabawna grupka ratowników górskich, przedstawiona jako banda totalnych kretynów, święcie wierzy w zagrożenie ze strony Rosji, wciąż ogląda filmy o zimnej wojnie i podejrzewa naszych bohaterów o szpiegowanie. Odżywa zatem postępowa „prawda” o tym, jak to Reagan budował w latach 80`ych społeczeństwo strachu, rosjanie nigdy nikogo nie szpiegowali, a stąd dla relatywizująego, młodego inteligenta już tylko krok do stwierdzenia, że w takim układzie „marksizm to poważna propozycja”.

Mamy przecież obecnie w USA, kochający zadłużanie następnych pokoleń, postępowy rząd marksistów, których ucieszyłoby posiadanie takiej magicznej wanny. Można by cofnąć się w czasie i utemperować reakcjonistę Reagana. Jimmy Carter dostałby drugą kadencję, Bush senior nie zaistniałby przy Reaganie jako vice-prezydent. Zimna wojna zakończyłaby się, tyle że na warunkach Kremla (co dla nas Polaków, musiało by być wspaniałym punktem zwrotnym historii). Sprawiedliwość społeczna zatriumfowałaby pochodem napełnionych brzuchów, Michael Moore nie zarobiłby na swoich filmach ani centa, gdyż wszystko byłoby super i nie miałby o czym „kręcić”.

Tylko, czy wtedy komukolwiek chciałoby się wymyślać Googla, Twittera, internet i wszystko co ostatecznie na rynku wygrało? Czy w ogóle mielibyśmy rynek? Na pewno w 2008 roku wygrałby prezydent obiecujący zmianę, ale nie byłby nim Obama.

„HOT TUB” i jego lekcja teorii względności przypomina właśnie, że słowo „postępowy” nijak nie jest związane z postępem, a zrozumiała głupkowatość młodzieżowych komedii zaczyna zmieniać się w niebezpieczną propagandę.

 

Karton
O mnie Karton

Obecnie - niesamowicie skupiony i pewny siebie. Zazwyczaj - niesamowicie pewny siebie i rozkojarzony.

Nowości od blogera

Komentarze

Pokaż komentarze

Inne tematy w dziale Kultura