Czytelnikom Rzeczpospolitej nie muszę tłumaczyć o co chodzi. Gdyby jednak ktoś miał wątpliwości, to przypomnę, że niekiedy jest tak, iż po przeczytaniu artykułu w tym dzienniku, natrafiamy na słowa: "pełna wersja tekstu on-line". Żeby nie szukać daleko, w wydaniu gazety na ten weekend taka sytuacja ma miejsce w wywiadzie z Jarosławem Kaczyńskim. Mniejsza o ten wywiad. To tylko symbol. Irytująca jednak jest następująca sytuacja:
1 - po przeczytaniu tekstu dowiaduję się, że dalszą lekturę powinienem kontynuować na rp.pl
2 - otwieram interesujący mnie tekst
3 - pojawia się monit o tym, że liczba artykułów, które można przeczytać za darmo w miesiącu jest ograniczona
Irytuje to dlatego, że jeśli zapłaciłem 3,50 za gazetę w wersji papierowej, to wydawca dziennika powinien mi oszczędzić tego typu obwieszczeń. Czy trudno wydrukować pod tekstem w gazecie kod, dla tych wszystkich czytelników, którzy chcą doczytać go do końca w sieci? Każdy zainteresowany wpisywał by ów kod na stronie internetowej i nie niepokojony przez nic mógłby spokojnie kontynuować lekturę. W ten sposób wydawca miałby pewność, że dalsze ciągi artykułów czytają Ci, którzy zapłacili za wersję papierową "Rzepy". Zresztą sam sposób usprawnienia tego jest kwestią dyskusji. W każdym razie, jeśli już gazeta ogranicza miejsce w dziale opinie i - jak widzimy - w przypadku wywiadów, to powinna zadbać o to, żeby dalsza lektura (zakupionych przecież) przez czytelnika treści była jak najbardziej komfortowa. Tak mi się to nasunęło, sprawa do przemyślenia.
231
BLOG



Komentarze
Pokaż komentarze