975. Urzędowe rozterki
Pojawiają się coraz to nowi kandydaci na kandydatów na prezydenta. Ostatnio Szmajdziński, reprezentujący SLD. Nie powiem, ciekawi mnie pełny skład tego zespołu, który nie mógłby zaistnieć wspólnie w żadnej z gier zespołowych. Nie mniej ciekawi mnie ilość kasy jaka będzie roztrwoniona przez każdego z kandydatów tak z osobna jak i łącznie. Piszę roztrwoniona, bo przecież tylko jeden zyska urząd, a więc reszta jakby wyrzuciła pieniądze w błoto. Tyle kasy… A gdyby tak kandydaci dobrowolnie, dobroczynnie przeznaczyli, /każdy swoją/ kasę wyborczą na cele charytatywne? Byłoby to ciekawe. Zamiast bezproduktywnie zmarnować, poszłaby na cele dobroczynne. Za kampanię wystarczyłyby wtedy zdjęcia na plakatach w lokalach wyborczych, plus obecność na listach. No, ale spróbujcie im to powiedzieć, żeby tak zrobili. Ci miłośnicy ludu. Narodu. Jego wybrańcy. Nie przejdzie. Okaże się że miłość własna plus miłość do urzędu u każdego miłośnika ludu jest jednak większa.
Taaak. Image postaci, promocja własnej kandydatury to jednak pragmatyczna proza życia. Czysty praktycyzm.
Miałem adekwatnie taką koleżankę która jeździła często do sanatoriów i mawiała tak: wiecie, o pewne rzeczy trzeba zadbać natychmiast po przyjeździe, a nawet już na stacji. Bo jak się nie zadba na wstępie, to szybko okazuje się, że – turnus mija, a ja niczyja!
Ha, podobnie z kandydatami. Oni chcą być nasi, w całości. Przynajmniej do czasu wyboru. Bo potem, już jakby mniej. Zrozumiałe, bo konsumpcja urzędu przekracza, a nawet wyklucza możliwość pełnego oddania się narodowi. Ale nie tylko to. Jest to niemożliwe z jeszcze jednego, dużo ważniejszego powodu. Otóż urząd nie daje pełni władzy, w związku z czym adekwatnie nie pozwala przelać pełni miłości urzędującego, na naród, czy narodowi. No ale to już nie wina kandych. Ani tym bardziej, zwycięzcy. A gdyby nawet, to pamiętajmy. Zwycięzców się nie sądzi.
Chyba, że są z innej opcji.
I tym oto opty…
15.11.09




Komentarze
Pokaż komentarze