996. Dogowor
Poszła plotka o porozumieniu PO-PiS w sprawie zmian konstytucyjnych w przedmiocie, czy ma być u nas model władzy kanclerski czy prezydencki. Wprawdzie posłowie tych formacji dementują, ale, jak już komentuje to sam Kalisz, z lekka zaniepokojony, to coś w tym jest. Oczywiście ma być „coś za coś”. Pozbawienie prezydenta prawa veta, w zamian za poparcie Platformy w wyborze, reelekcji J. Kaczyńskiego. Czyli, jeśli tak, to znaczy że Zgromadzenie Narodowe i – system kanclerski. Pomijając owo „coś za coś” świadczące że politycy nasi nadal tkwią w kryminogennych i prymitywnych układach, idea jest dobra. Wyprostować może nie - raz na zawsze, ale przynajmniej na długi czas, nieporadność establishmentu w sprawnym rządzeniu, to dobra idea. Dwie zbliżone do prawicy partie mogą wypracować sprawny model. Taki lub taki. Wiadomo że musi on być dobry głównie dla kraju i sprawnego rządzenia, dlatego że w każdej chwili w kolejnych wyborach mogą zamienić się miejscami.
Osobiście jako obywatel byłbym jednak nie za systemem kanclerskim a prezydenckim. Zmarginalizowanie prezydenta, uczynienie z niego jakiegoś dekoracyjnego kanapowca z wyboru Zgromadzenia Narodowego, wyda kraj w szpony obu hord zgromadzonych w obu izbach. Poza tym, z zagranicznych polityków wizytujących nasz kraj, nikt z prezydentem nie będzie chciał specjalnie gadać, wiedząc że nic nie znaczy i przez to nic nie może. Oczywiście ceremoniał dyplomacyjny ma swoje prawa. Jak w programie wizyty będzie obiad czy kawa u prezydenta, to trzeba będzie przez to przejść. Oczywiście taki prezydent może być bardzo miły, a nawet uczynny dla gości. W przypadku wiadomej potrzeby może nawet zaprowadzać gościa do przybytku, a nawet otwierać mu usłużnie drzwi. Grzeczności i dyplomacji bowiem, nigdy dość.
A w prezydenckim? W prezydenckim prezydent mógłby zdymisjonować cały rząd i rozpędzić parlament. W kanclerskim, na to nie ma szans. A zatem, Polacy, ogony pod d., i – kanclerski. Zawsze to lepsze jak piąty rozbiór.
I tym oto opty…




Komentarze
Pokaż komentarze