Wszystkie komentarze dotyczące skoków narciarskich, pojawiające się w naszym kraju na przestrzeni ostatniej dekady, można by zaliczyć do jednej z dwóch kategorii: „Świetnie, że jest Małysz” lub „Strasznie, że tylko Małysz”. No dobrze, przez pewien czas funkcjonowała jeszcze kategoria „Człowiek maska”, która obejmowała liczne rozważania o mimice Janne Ahonena (czy też jej braku).
Ahonen ciężko pracował na to, aby zasłużyć na swoją kategorię – 36 razy musiał zachować kamienną twarz po zwycięstwach w zawodach Pucharu Świata. Kamil Stoch starał się zapracować na własną w Zakopanem, ale w zasadzie to tylko namieszał – wciąż nie jest Małyszem, a przy tym nie jest już, a przynajmniej nie w sposób bezdyskusyjny, Polskim-Skoczkiem-Który-Stale-Nie-Spełnia-Pokładanych-w-Nim-Nadziei. Na domiar złego, nie potrafił zachować kamiennej twarzy. Wręcz przeciwnie - był Człowiekiem Euforią. Ja przez chwilę byłem Niedowierzaniem, potem Bezgraniczną Dumą. A potem byłem Osamotnieniem.
Jak się okazało, sukces Stocha nas ucieszył, ale znacznie bardziej zmartwił nas upadek Małysza. Owszem – zdrowie Orła z Wisły jest sprawą narodową. Tyle, że upadki się zdarzają, a zwycięstwa Pozostałych-Polskich-Skoczków nie. Przez lata narzekaliśmy na ich postawę. Gdy w końcu jeden z nich spełnił nasze oczekiwania, okazało się, że i tak musi grzecznie stać w kolejce, bo wiadomością dnia jest to, że Mistrz upadł.
Dziennikarze zapewne z lękiem oczekują dalszych wyczynów Kamila Stocha. Tak się dobrze biadoliło, a ten gotów wszystko zepsuć. Może wygrana na Wielkiej Krokwi okaże się tylko jednorazowym wybrykiem? A co, jeśli ten młokos wskoczy na stałe do światowej czołówki? Chyba trzeba będzie stworzyć kategorię: „Strasznie, że tylko Stoch i Małysz”.
Osobiście nie mam pojęcia, jakie będą dalsze losy Kamila Stocha. Jest skoczkiem zdolnym i, jak się zdaje, ma do swojej pracy dobre podejście. Nie przechwala się, nie obiecuje. Nie miał też na to czasu, bo gdy zbyt dużo zaczynał mówić o sobie, natychmiast musiał odpowiadać na kolejne pytania dotyczące upadku swojego kolegi.
Paradoksalnie, cała sytuacja może Stochowi posłużyć. Nie wygląda, jakby szukał splendoru i chyba, póki co, zamiast w blasku fleszy, woli przebywać w cieniu Małysza. Nadmierna presja często przeszkadza, o czym dobrze wiedzą Ci, którzy musieli się zmierzyć z etykietą Kolejnego. To nie tylko nasz problem. W Argentynie co chwilę pojawia się Kolejny Maradona. Trzeba było Leo Messiego, żeby temu zadaniu sprostał.
Stoch pewnie nie będzie Messim skoków narciarskich. Pewnie nie będzie Drugim Małyszem. Tyle, że wcale być nim nie musi. Co by się dalej z nim nie działo, dokonał rzeczy wielkiej, dostarczając nam w niedzielę kilku naprawdę pięknych chwil. Chwil, które powinniśmy zapamiętać. Dziennikarze, którzy rzucali z pasją liczbą 1399 dni, już mniej chętnie pisali o tym, że po raz ostatni dwóch Polaków wygrało w tym samym roku konkurs Pucharu Świata 31 lat temu. To byli Bobak i Fijas. Również w Zakopanem. Kamil Stoch zapisał piękną kartę w historii polskich skoków. Dzięki temu, otrzymał możliwość udzielenia długiej wypowiedzi na temat upadku innego skoczka.
Niewykorzystane sytuacje się mszczą, tak w sporcie, jak w kibicowaniu. Nie mamy okazji do radości tak dużo, aby marnować je na płakanie nad upadkiem Małysza, jak wielkim sportowcem by nie był i jak bardzo byśmy go nie kochali. Kamil Stoch, komentując po konkursie swój drugi skok, powiedział: „Głupio byłoby nie wykorzystać takiej szansy, prawda?”. Prawda, Panie Kamilu. Szkoda, że my nie skorzystaliśmy ze swojej.


Komentarze
Pokaż komentarze