Rafał Ziemkiewicz w "Rzepie" z 23.08.2003 (http://www.rzeczpospolita.pl/dodatki/plus_minus_050205/plus_minus_a_17.html)
----------------------------------------------------------
Antylustracyjny jazgot uderza w coraz wyższe tony. Jacek Żakowski w "Polityce" porównuje lustrację do tsunami. Co za skojarzenie! Tu tragedia, w kilkanaście minut ginie prawie dwieście tysięcy ludzi, kobiet, dzieci, rozbawionych wczasowiczów, wiążących pracowicie koniec z końcem ojców rodzin - a tu hipokryci, którym zabrakło przyzwoitości, żeby się schować, pielić grządki, zająć badaniem motyli albo starożytną Kartaginą, tylko najbezczelniej sięgnęli jeszcze po władzę, po pozycję autorytetów, rwali się do pouczania narodu, w błogim przekonaniu, że teczki spłonęły, a układowi, pilnującemu, żeby nie grzebano w popiele, nikt nigdy nie zdoła podskoczyć, teraz zaś umierają ze strachu, bo, się okazało, że "człowiek honoru" nie tylko nie spalił wszystkiego, ale jeszcze porobił jakieś mikrofilmy (faktycznie, można się od takiego strachu poważnie pochorować). Gdybym miał więcej czasu, rzuciłbym się teraz studiować dzieła wszystkie Żakowskiego - po prostu, żeby zrozumieć, jakie trzeba sobie w życiu zaaplikować "ćwiczenia duchowe", by być w stanie poczynać takowe koncepta.
"Fala, która się zbliża (lustracja, znaczy) może wgnieść nas w ziemię, jeżeli pozwolimy sobie narzucić perspektywę praczki, której świat dostarcza tylko śmierdzących brudów, więc wszystko wydaje jej się jednym wielkim brudem. Ta fala może nas pogrążyć, jeśli się zgodzimy, by zdrada i podłość zasłoniły poświęcenie i wolnościowe aspiracje ludzi, za które wielu siedziało w więzieniach. Jeśli nie przyłożymy do tej fali właściwych proporcji (przykładanie proporcji do fali - niezłe, niezłe, chyba wrzucę to sobie do "stylebooka") może nas ona odrzeć z dumy, do jakiej mamy prawo jako społeczeństwo, które własnymi rękami (...) bezkrwawo obaliło komunizm...". Nu, ja cofam ten "jazgot", to już nie jest jazgot, to rodzi się antylustracyjna poezja!
W załączeniu fragment apelu podpisanego przez Bujaka, Frasyniuka i Lisa. Z grubej rury: lustracja będzie "opluwaniem pamięci tych, którzy dla niepodległości Polski ponieśli ofiarę życia". I Bujak, i Frasyniuk (Lisowi odpuszczę, bo w politykę nie poszedł) po roku 1989 należeli do elit władzy, mieli wpływ na wydarzenia, choć oczywiście nie tak wielki, jak Wałęsa czy Michnik. I nigdy, ani razu nie użyli tego wpływu, by zrobić cokolwiek w sprawie ponad stu ofiar, księży, działaczy "Solidarności" i niepodległościowców, wymordowanych przez "nieznanych sprawców" w latach osiemdziesiątych. Ta obojętność i ich, i prawie wszystkich byłych opozycjonistów, uszlachconych Okrągłym Stołem na władzę, była i pozostaje największą hańbą III RP w ogóle, a neo-"Solidarności" szczególnie. I dopóki nie zostanie zmazana, przyznaję rację Gwieździe i Walentynowicz, że obecna "Solidarność" nie ma prawa do obchodów ćwierćwiecza Sierpnia '80, bo jest czymś innym niż tamta, stara. Ponad stu ludzi zamordowanych za Polskę, przecież każde dziecko się domyśla, przez kogo, nie zaprzątało dotąd uwagi Frasyniuka i Bujaka za grosz. Bujak za "Solidarność" przepraszał i sprzedał swoją legitymację na aukcji razem z jakimiś tam kieckami pani Kiszczakowej, Frasyniuk się z Kiszczakiem bratał i spoufalał, o czym i dziś mówi "Wyborczej" bez cienia zażenowania. Teraz sobie nagle przypomnieli o tych, co ponieśli ofiarę życia. Teraz, kiedy szukają maksymalnych emocji, żeby bronić kolegów zagrożonych ujawnieniem zdrady!
O Kiszczaku wspomina Frasyniuk w wywiadzie dla "Wyborczej". Przewodniczącemu UW, wybranemu niegdyś dla przełamania stereotypu "partii ludzi rozumnych" (przełamał skutecznie), antylustracyjna fala pozwoliła wrócić do wysokonakładowej prasy, bo ostatnio pojawiał się już tylko w "Trybunie", demaskując tam totalitarne zakusy Rokity i Kaczyńskich; mimo całej irytacji, jaką we mnie budzi, żal było to widzieć. Wali Frasyniuk jak w bęben w Giertycha i Bendera, ciekawe - dlatego, że cele łatwe, czy też to autentyczna obsesja. W ogóle wywiad obsesyjny, w stylu Kutza, stylu, którego nie trawię: mocne słowa, brak umiaru w miotaniu obelg i rozedrganie emocjonalne na granicy histerii połączone z żenującą miałkością myśli. No, więc Giertych i Bender chcą zniszczyć mit "Solidarności", bo w niej nie byli... Już ładnych parę lat temu, kiedy jakiś szwajcarski bank założył wspólnie ze związkowcami fundusz emerytalny, w którego nazwie pojawiło się słowo "solidarni", to musiał w trymiga tę nazwę zmieniać, bo ludziska pluli na akwizytorów. A tu Frasyniuk, który oczywiście do żadnej współodpowiedzialności za to się nie poczuwa, dostrzegł potrzebę, żeby mitu "Solidarności" bronić. Przed Giertychem i Benderem.
To jest w całym tym zgiełku jedyny nowy wątek: że wiedza z archiwów bezpieki zniszczy dobre imię "Solidarności". Przyjmijmy takie teoretyczne założenie, że peerelowska SB nie była głupsza od Stasi czy holenderskiego kontrwywiadu, który, jak niedawno się okazało, sam u siebie założył partię komunistyczną, kreując swojego agenta na nieprzejednanego bojownika i wielki autorytet w światku eurokomuchów. Przyjmijmy, że któryś z historycznych przywódców "Solidarności" (optymistycznie załóżmy - tylko jeden) okaże się umieszczoną tam przez ubecję wtyką. Ja powiem na to: taka wiedza wyjaśniłaby nam przyczyny wielu fatalnych w skutkach błędów i zaniechań, jakie popełniła po 1989 roku nowa władza. Zwłaszcza w połączeniu z podejrzeniem, że kopie palonych dokumentów SB zdążyły wywędrować za granicę. A teraz słucham szanownych interlokutorów: a wy, co proponujecie? Co mamy z taką wiedzą zrobić, kiedy wreszcie wyjdzie na jaw, a przecież wiecie, że wyjdzie, nie za sprawą Bendera czy Giertycha, tylko po prostu dlatego, że raz uruchomionej lustracji powstrzymać już nie jesteście w stanie. No co? Odmówić przyjęcia do wiadomości? Nadal komuś takiemu podawać rękę? A może jeszcze stawiać pomniki? Krzyknąć, że nie ten zhańbiony, kto się zhańbił, tylko cała "Solidarność", cały naród zgoła? Jak z odpowiedzialnością za Peerel - wszyscy winni, wszyscy kapowali, a tylko niektórzy z kapusiów działali przy tym w podziemiu?
Tego nie twierdzą. Nic nie mają na ten temat do powiedzenia. Tylko rwą szaty, serce krwawią, duszę krwawią, od dziewiątej do siedemnastej z przerwą na lancz. Właśnie dlatego pozwalam sobie zbywać ich takimi słowami jak "zgiełk" czy "jazgot".
I powtarzam za Dobrą Księgą: poznamy prawdę, a prawda nas wyzwoli.
(...)
Wśród bzdur wyprodukowanych przez antylustratorów grand prix należy się w kółko powtarzanej tezie, że ubecy przypisywali zmyślone przez siebie raporty niewinnym ludziom i zakładali im teczki TW, żeby skasować premię. Kolejnym, który tę bzdurę powtarza, jest Frasyniuk we wspomnianym już, żałosnym wywiadzie. A skąd to wie? Od Kiszczaka, oczywiście. "Generał Kiszczak już po Okrągłym Stole zwierzał się nam...". Widzę ich niemalże, jak upojeni pewnością władzy "co najmniej przez dwanaście lat" wysłuchują "zwierzeń" Kiszczaka, i do głowy im nie przyjdzie, że sytuacja jest dokładnie odwrotna, niż im się roi - że to ten stary lis trzyma w ręku prawdziwą władzę, wszystkie karty, i że wodzi ich za nos jak frajerów.
Oto wielka tajemnica Peerelu-bis: epidemia miłości i zaufania do Oberubeka. Łysiaka towarzystwo czytać surowo zabrania, ale kto się takich zakazów nie lęka i sięgnie po "Salon", znajdzie fotkę - zdobiącej kolekcję autora - "Wiary i winy" Kuronia z dedykacją dla Kiszczaka. Mówcie sobie o Łysiaku, co chcecie (retoryka: o Łysiaku się nie mówi w ogóle, przy czym, co najzabawniejsze, zmilczają go zgodnie i michnikowcy, i rydzykowcy) - przecież tego nie zmyślił ani sfałszował. Jacek Kuroń wyszył Kiszczakowi odręczną laurkę, którą zresztą Kiszczak potem spuścił w antykwariacie; jak sądzę, nie zmusiło go do tego ubóstwo. Potraktował Kuronia tak samo, jak komplementującego go od "ludzi honoru" Michnika, którego nie raczył poinformować, że ma tuż przy sobie "Ketmana" (Lesław Maleszka, były przyjaciel Wildsteina. Na początku lat '90-tych największy antylustrator "Wyborczej", wcześniej - co się okazało po otworzeniu własnej teczki przez Wildsteina - pełen własnej inicjatywy współpracownik ubecji. Wciąż pracuje dla "GW". - przyp. Foxx) . Najwyraźniej wcale się tym uwielbieniem, jakim go darzyły legendy podziemia, nie upajał.
Nie wierzcie archiwom, które SB gromadziła dla siebie samej - wierzcie temu, co esbecy mówią teraz, twierdzą antylustratorzy. I opowiadają, jak to Kiszczak "zwierzał się" Frasyniukowi i innym z kłopotów z niesfornym ubeckim personelem, oszukującym go i wyłudzającym premie.
Paradne.
-------------------------------------------------------------
8)
Inne tematy w dziale Polityka