Krzysztof Leski w wyniku swojej oceny ostatnich wydarzeń w TK przestał "zaliczać PiS do zwolenników lustracji". Dlaczego?
- Ponieważ PiS zakłada konstytucyjność obecnej formy ustawy również wobec sędziów TK (do momentu obalenia jej przez Trybunał).
- PiS zabiega wszelkimi dostępnymi środkami o utrzymanie lustracji w przeforsowanej przez siebie formie.
- Poseł Mularczyk poprosił o przerwę, by sprawdzić, czy dwaj sędziowie są zarejestrowani jako KO.
Sam fakt rejestracji inaczej jest kwalifikowany w różnych wersjach ustawy lustracyjnej, więc niezależnie od tego, czy zainteresowany współpracował, czy nie - jego sytuacja prawna będzie inna. Jest to typowy konflikt interesów. Prof. Andrzej Zoll otwartym tekstem powiedział dzisiaj w TOK FM, że zgodnie z aktualną ustawą obaj sędziowie znaleźliby się na liście współpracowników SB. Jednym słowem, jeżeli złożyli oświadczenia lustracyjne już pod rygorem obecnej ustawy (a tak stwierdził prof. Zoll), poświadczyli nieprawdę. To się już stało i to nie PiS założył domniemanie konstytucyjności nowej ustawy, tylko sami sędziowie TK. PiS postuluje doprowadzenie do końca procedury rozpoczętej przez zainteresowanych.
Inna sprawa, to specyfika polskiego Trybunału. Dość syntetycznie ujął to Galba, chociaż zarówno w prasie, jak i blogosferze rzecz jest dość dokładnie omówiona i skomentowana. Mamy sytuację, w której zdecydowana większość sędziów ma po prostu silne (nawet formalne) związki ze skarżącą stroną procesu (chociaż, zdaniem prof. Zolla, "prawnie" traktuje się to inaczej, niż w rozprawach przed sądami cywilnymi - czyli "wszystko ok"). Oczywiście można serio potraktować słowa R. Kalisza, że działacze SLD i UW w momencie wejścia w skład TK stali się "niezawiśli", ale każdy, kto pamięta wykładnię definicji współpracy z SB, która nie obejmowała osób podpisujących oświadczenia o współpracy i kwitujących odbiór pieniędzy, o ile "nikomu nie szkodziły" - będzie miał z tym duże problemy. Zwłaszcza, jeżeli słyszy się protesty osób negatywnie zlustrowanych w ten sposób przeciwko złożeniu oświadczeń lustracyjnych, zgodnie z obecną ustawą. I tu wracamy do kwestii szacunku dla prawa i przyczyn sytuacji z ostatnich dni. Tu zgadzam się z fragmentem tekstu Roberta Krasowskiego z dzisiejszego "Dziennika":
Jednak skandal, którego dopuścił się PiS, jest odpowiedzią na nihilizm prawny, który do polskiej polityki kilka miesięcy wcześniej wprowadzili przeciwnicy lustracji, odmawiając złożenia oświadczeń lustracyjnych. Ci sami dziennikarze i naukowcy, którzy wcześniej krytykowali PiS za brak szacunku do prawa, sami zrobili coś znacznie gorszego. Ogłosili oni, że ich prawo nie obowiązuje. Oznajmili, że szanują tylko to prawo, z którym się zgadzają, a bojkotują to, które im się nie podoba. Po wielekroć usłyszeliśmy zdanie, którego nie zna żadne praworządne państwo - "nie poddam się ustawie lustracyjnej, bo się z nią nie zgadzam".
Czegoś takiego również w Polsce wcześniej nie było. Owszem, często się nad Wisłą nienawidzono, często uważano, że przeciwnik polityczny dramatycznie się myli, często zarzucano sobie nawet nie winy, ale zbrodnie, jednak nikt nigdy nie łamał prawa. Co najwyżej czekał na zmianę władzy, licząc, że ta zmieni reguły prawa. Tymczasem najnowsza fala protestu przeciw lustracji przełamała nawet największe w wolnej Polsce tabu.
Akcja profesora Geremka, niezależnie od jego intencji, była złamaniem jedynej realnej świętości w polskiej polityce - zasady respektu dla prawa. Była wprowadzeniem tej wolnej amerykanki, której dalsze rundy oglądaliśmy wczoraj przed Trybunałem.
Nikt nigdy nie upokorzył władzy tak mocno, jak antylustratorzy, mówiąc w nos PiS-owi, że mają ich w nosie. Że choć ten jest władzą, choć ma prawo stanowić prawo, to jednak skończyła się zabawa w demokrację i prawo. Dlatego teraz sponiewierany nagłą porażką PiS toczy prestiżowy pojedynek. Chce postawić na swoim, a jeśli to się nie uda, to przynajmniej się zemścić.
Prezydent, który był największym wrogiem ujawnienia archiwów, a teraz nagle zapowiada, że rzuci teczki na stół, jest tej postawy symbolem.
Nic dodać, nic ująć. W tym miejscu dochodzimy do kwestii, będącej przyczyną mojego bezpośredniego zwrócenia się do K. Leskiego. W komentarzach pod notką, Gdańszczanin przypomina sprawę znanego aktora, wobec którego K.L złożył półaprioryczne votum zaufania, mimo dość obciążających dokumentów. Od początku prac nad parlamentarnym projektem noweli lustracyjnej mam wrażenie, że wielu znaczących działaczy dawnej opozycji zajmuje podobną postawę wobec swoich znajomych (tu warto przypomnieć wspólne konferencje prasowe senatorów Romaszewskiego i Piesiewicza). Był to przecież jeden z głównych powodów (obok niebezpieczeństwa "wyciągania obyczajówki" inwigilowanym przez SB osobom oraz konieczności przywrócenia domniemania niewinności - przypominam: zrobiono to wprowadzając oświadczenia) powstania pierwszej nowelizacji prezydenckiej. W tym miejscu dochodzimy do najważniejszej kwestii: czy preferowanie takiej formy lustracji i zdecydowanie w jej realizacji świadczy o "nie byciu zwolennikiem lustracji"? Zaiste, oryginalny tok rozumowania.
PS Dla porządku warto dodać, że parlamentarną nowelizację ustawy lustracyjnej poparła PO, a zaskarżone do TK przepisy w dużym stopniu dotyczą jej zapisów. Ciekaw jestem komentarzy polityków i sympatyków partii bez właściwości, ale z Palikotem po wyroku TK ;).
PSS Prof. Zoll pytany przez red. Żakowskiego, co będzie jeżeli (negatywny w założeniu) wyrok TK nie zostanie opublikowany w Dzienniku Ustaw przed 15.05., stwierdził, że prawnie będzie obowiązywała zaskarżona ustawa (a więc powinny być wyegzekwowane konsekwencje nie złożenia oświadczeń lustracyjnych w terminie), jednak "domniemanie jej niekonstytucyjnosci..." itd., itp. Symboliczna opinia prawna made in III RP