Ciężko pisać kolejny post o stanie psychicznym "elity III RP", jednak wczorajszy dzień z newsami "Gazety Wyborczej" ("Mengele", "Kanon"), z perspektywy doby, która właśnie upłynęła, wydaje się wskazywać na zbliżające się przegrzanie obwodów.
Interesujące było oglądanie "Kropki nad i", poświęconej między innymi kryptonimowi sprawy doktora G. Otóż w dobre kilka godzin po tym, jak portal... tvn.24.pl podał, że w rzeczywistości CBA sprawie nadało kryptonim "Bazalt", a hasłem "Mengele" opatrzono, posługując się określeniem lekarzy pracujących z doktorem na oddziale (określenie to przewijało się w ich zeznaniach), teczki dotyczące wyłącznie niewyjaśnionych zgonów pacjentów dr G. Swoją ocenę całej sprawy przedstawiłem w poprzednim poście. Pozostaje jednak kwestia kolejnego politycznego "śledztwa dziennikarskiego" "G.W.", które musi robić wrażenie. Nie jest jeszcze tak imponujące, jak dwa półroczne rekordy: tzw. afera Rywina oraz casting na ojca dziecka Anety Krawczyk. Z pewnością jednak drzemie w nim niemały potencjał.
Kanon. Informacja o wyrzuceniu z kanonu lektur przez R. Giertycha wielu fundamentalnych pozycji została opatrzona nieco kojarzącym się rysunkiem przedstawiającym najwiekszego polskiego polityka wrzucającego książki do ognia. Jaśnie Oswieceni luminarze oryginalnej III RP już rozsnuwali wizję, jak to uczniowie zaczną czytać "zakazane lektury" i w ten sposób wygeneruje się w przyszłości "nowa elita". Gdzieś w tle majaczył cień europejskiego roku '68...
Tymczasem twarda rzeczywistość znowu postawiła ścianę przed "obrońcami demokacji". Nawet, jeżeli pominiemy kwestię, że niezależnie od tego, co będzie w kanonie, a co nie - ci młodzi ludzie, którzy siedzieli na gronie, będą tam dalej siedzieć, a bryki lektur ściągać z sieci. Natomiast ci, którzy teraz czytają Dostojewskiego, Witkacego, czy Herlinga w wersjach książkowych - również będą ich czytać dalej.
Sposób myślenia zakładający sprawczy wpływ kanonu na rzeczywisty rozkład czytanych lektur w świecie współczesnych multimediów zdradza jeszcze większe odrealnienie "elity", niż to się dotąd wydawało.
Dodatkowo, jak się okazuje, "kanon" nie był rozporządzeniem MEN, tylko projektem giertychowych "ekspertów" (jacy to eksperci - widać choćby po efektach ich pracy) przeznaczonym dopiero do konsultacji społecznych.
Jest dość oczywiste, że prawdopodobieństwo wprowadzenia takich pomysłów nie poraża. A "obrońców demokracji", po raz kolejny podkręconych przez swoje ulubione media poraziło. I po raz kolejny odlecieli. Ta kadencja ich raczej "zabije", niż wzmocni...
Inne tematy w dziale Polityka