Uważam, ze po następnych wyborach możliwa będzie koalicja PiS i SLD. (...) Za dwa lata obie partie będą w specyficznych sytuacjach. PiS stanie w obliczu utraty władzy, co nigdy nie jest położeniem komfortowym. Z kolei przed SLD stanie wizja kolejnych czterech lat w opozycji, co na dłuższą metę może oznaczać polityczną śmierć. (...) Niewykluczone, że gdy platforma po wyborach ogłosi takie propozycje, jak prorodzinny podatek liniowy czy jednomandatowe okręgi wyborcze, obie te partie pokażą nam figę i połączą się w socjalistycznym froncie.
Takie opinie Donalda Tuska możemy przeczytać na portalu Wprost.pl (cały wywiad w jutrzejszym wydaniu papierowym). Pomijam już optymistyczne założenie, że za dwa lata Platforma będzie miała jakiekolwiek propozycje (w miejsce aktualnych/wiecznych "wstępnych założeń"). Nie łudzę się też raczej, że ktokolwiek w tej partii w końcu przeprowadzi i zaprezentuje symulację wpływu wprowadzenia podatku liniowego na stan budżetu, jeżeli wcześniej nie zmieni się całego systemu świadczeń społecznych. Nie zrobią tego, bo żadnego liniowego nie zamierzają wprowadzać. Zwłaszcza "prorodzinnego" (cokolwiek to znaczy w doktrynie "liberalnej"). Nieco poraża perspektywa rządzenia państwem przez kogoś, kto żongluje rozwiązaniami systemowymi, co pół roku zmieniając zdanie i nie popierając żadnego z pomysłów merytorycznym backgroundem. W poprzednią niedzielę PO zadeklarowała poparcie dla, niekorzystnego dla Polski nawiasem pisząc, europejskiego traktatu "konstytucyjnego". OK, można to przyjąć do wiadomości. Jak odebrać jednak sytuację, gdy w przyszłą środę zmieni zdanie?
Pozostaje wierzyć, że takie rządy nam nie grożą. Jak wiemy, jest jedno państwo, w którym mają szansę. Wirtualna Polska.
Nieco z innej beczki - mam nadzieję, że postępujące problemy szefa PO, których początkiem były wyniki wyborów 2005, w końcu doprowadzą do przesilenia w tej partii. Wygląda na to, że wtedy stanął nad przepaścią, a dzisiaj postawił krok do przodu:
Jestem przekonany, że tę scenkę z serdecznym przywitaniem mnie przez Lecha Kaczyńskiego starannie wyreżyserowali propagandziści PiS. Teraz, po zjedzeniu LPR, chcą się umacniać w centrum i kreują się na umiarkowanych, wygładzonych polityków. Nawet naczelny agresor PiS Jacek Kurski buduje wizerunek łagodnego, miłego polityka. Co z tego, że krwiożercza bestia przebierająca się w koronkowe sukieneczki, białe podkolanóweczki i sandałki wygląda śmiesznie? Kurski znów założył, że „ciemny lud to kupi".
Jako osoba mająca pewną wiedzę z zakresu psychologii, wolę nie diagnozować przypuszczalnego podłoża tych wypowiedzi. Poprzestanę na zwróceniu uwagi, iż nie uzasadnione kontekstem przywoływanie szczegółowego obrazu osoby ubranej lub zachowującej się ekscentrycznie może wynikać conajmniej z kilku mechanizmów bogato opisanych w literaturze naukowej. Podobnie zresztą, jak zawarte w pierwszym zdaniu przekonanie, że wszystko wokół jest reżyserowane.
Zawsze staram się działać w dobrej wierze, założę więc wersję najbardziej nieszkodliwą. Ot, pan Donald w wolnej chwili chętnie poparadowałby w koronkach i białych podkolanóweczkach. Czy jest w tym coś złego? Absolutnie! To jego prywatna sprawa. Warto jednak zwrócić uwagę, że Platforma najwyraźniej ewoluuje w kwestiach obyczajowych - tajemnice alkowy zaczynają przedostawać się do domeny publicznej. Narazie w formie pośredniej.
Może, gdyby zaproponował SLD (np. w osobie równie ekscentryczej posłanki Senyszyn) wspólne paradowanie bez form pośrednich, niebezpieczeństwo "socjalistycznego frontu" objawione w jakże imponującej przepowiedni oddaliłoby się chociaż o 12 godzin?