W połowie roku budżetowego organizatorzy protestu wychodzą z żądaniem natychmiastowych podwyżek (do stawki minimalnej 5000) pod groźbą szantażu, życzą sobie układu zbiorowego z rządem, mimo tego że ich pracodawcami są organy założycielskie szpitali, których przedstawicielami są dyrektorzy. Od tego absurdu uzależniają zawieszenie protestu, chcąc by rząd bez względu na np. stan budżetu w 2008/09 podpisał cyrograf na te ich głodowe płace minimalne. Branie takich geniuszy na wstrzymanie opozycyjne media oraz politycy nazywają "szczuciem społeczeństwa". Te same media, prezentując wcześniej sylwetkę liderki protestu pielęgniarek, Doroty Gardias, nie zauważyły drobiazgu, że pani ta jest działaczką SDPL i współautorką programu tej partii w zakresie dotyczącym służby zdrowia.
Jedną kwestią jest przyczyna protestów - obiektywny dramat w powyższej sferze, spowodowany w dużej części zaduszeniem systemu kas chorych przez... SLD, zamiast wrócić do koncepcji wprowadzenia również kas prywatnych, którą mimo wcześniejszych deklaracji porzucił AWS, Mariusz Łapiński wywrócił wszystko do góry nogami, nie tylko ukręcając kark jedynemu kierunkowi działań, który mógł poprawić jej stan - prywatyzacji poszczególnych części systemu. I tu powstaje pytanie, gdzie wtedy były autorki pomysłu na wesołe miasteczko? Ano w domach, wszak kilka miesięcy wcześniej niektóre z nich, kandydując z list SLD, występowały w wyborczych spotach tej partii obok Leszka Millera. A może sprawą interesował się pan prezydent, którego żona w świetle reflektorów wręczyła pielęgniarkom różę? Wiele wskazuje, że wtedy również był żywo zaunteresowany problemami polskiej służby zdrowia:
W Prokuraturze Okręgowej w Tarnobrzegu (Podkarpackie) planowane jest przeprowadzenie konfrontacji pomiędzy b. prezydentem Aleksandrem Kwaśniewskim a b. ministrem zdrowia Mariuszem Łapińskim w śledztwie dotyczącym sprawy Laboratorium Frakcjonowania Osocza (LFO) w Mielcu.
W lipcu b. prezydent przesłuchiwany był w charakterze świadka. Po trwającym trzy godziny przesłuchaniu Kwaśniewski powiedział dziennikarzom, że wiedzę o sprawie LFO czerpał w zasadzie z gazet. Przyznał, że jeden z podejrzanych w tej sprawie Włodzimierz W. jest znajomym jego i jego rodziny, ale jako człowiek dorosły działał na własny rachunek. Zdaniem b. prezydenta, zeznania b. ministra zdrowia Mariusza Łapińskiego nie zasługują na wiarygodność.
Lipcowe przesłuchanie Kwaśniewskiego poprzedziły konfrontacje w prokuraturze między Łapińskim a szefem gabinetu Kwaśniewskiego Markiem Ungierem, b. wiceministrem zdrowia, b. szefem Narodowego Funduszu Zdrowia Aleksandrem Naumanem, b. dyrektorem gabinetu politycznego Waldemarem Deszczyńskim oraz Siwcem. Konfrontacje dotyczyły głównie wątku kilku spotkań, na których miały być naciski ze strony osób z otoczenia byłego prezydenta Kwaśniewskiego, aby Ministerstwo Zdrowia kontynuowało współpracę z LFO wbrew merytorycznym przesłankom. O takich naciskach miał mówić podczas przesłuchania w grudniu 2004 roku (a więc przed ostatnimi wyborami - F.) Łapiński.
W śledztwie dotyczącym LFO głównym podejrzanym jest Zygmunt N., przebywający obecnie w Wielkiej Brytanii. Prokuratura chce postawić mu zarzuty wyłudzenia 21 mln dolarów kredytów z różnych banków na budowę LFO, przywłaszczenia 8 mln dolarów i ponad miliona euro na szkodę spółki oraz poświadczenia nieprawdy w dokumentach.
N. nie stawiał się na wezwania prokuratury, przedstawiając zaświadczenia lekarskie o badaniach. W styczniu ub. roku Sąd Okręgowy w Tarnobrzegu wydał - na wniosek prokuratury - Europejski Nakaz Aresztowania Zygmunta N. Brytyjski sąd już kilkakrotnie zbierał się w tej sprawie, jednak dotychczas nie zapadła decyzja o wydaniu stronie polskiej podejrzanego. (źródło [całość tekstu])
Ktoś spyta: "jaki jest sens do tego wszystkiego wracać, gdy aktualne problemy słuzby zdrowia są jak najbardziej realne?". Ano jest. Kontekst, Panie i Panowie - kontekst. Tygodniowe przepychanki związane nie z żądaniami socjalnymi, tylko narzuceniem przez pielęgniarki samego miejsca rozmów, wiele mówią o intencjach liderek protestu. Podobnie, jak wypowiedź pani Gardias, że pieniądze przeznaczone np. na sprzęt medyczny (a nie wynagrodzenia) się... "zmarnują". Przypominam: Lustro prawdę Ci powie (aktualizacja 29.06.2007: D. Gardias działaczką SDPL).
W tym miejscu wróćmy do lekarzy. Również będzie kilka cytatów:
Szef OZZL Krzysztof Bukiel, ponownie przypomniał swoje postulaty: 5 tys. zł dla lekarza bez specjalizacji oraz 7,5 tys. dla lekarza ze specjalizacją. - Wszystkim chodzi o gwarancje wzrostu wynagrodzeń – odpowiedział, pytany czy żądania pielęgniarek i lekarzy nie rozmijają się. (źródło)
Po deklaracji takich priorytetów, widać wyraźnie: liderzy protestu zachowują się jak bandziorki, którym chodzi wyłącznie o doraźną kasę z naszych kieszeni i dla niej są w stanie narażać życie i zdrowie ludzi, a szpitale na bankructwo ("stawianie ich na nogi" również obciąży nasze kieszenie). Ja bym już z nimi nie rozmawiał, tylko wszczynał postępowania karne pod zarzutami sprowadzenia niebezpieczeństwa (a po pierwszym zgonie: nieumyślnego spowodowania śmierci) oraz wydał dyrekcjom szpitali polecenie zakładania spraw o świadome narażenie zakładu pracy na straty finansowe z żądaniem odszkodowania zamiennego na świadczenie pracy.
Rozwiązania systemowe i ewentualne podwyżki rozpisane w racjonalną sekwencję czasową można negocjować np. z lekarską "Solidarnością". W każdym razie, w takich okolicznościach nie dziwią wypowiedzi ministra zdrowia:
- Jestem zszokowany tym co dzieje się przy stole negocjacyjnym. Nikt nie chce dyskutować, tylko mówi dajcie pieniądze już teraz - powiedział w radiowej Jedynce minister zdrowia Zbigniew Religa
Religa w rozmowie z Michałem Karnowskim stwierdził, że budżet państwa stać na 30 procentowe podwyżki, ale nie na więcej, natomiast protestujące strony zdają się nie przyjmować tego do wiadomości.
- Lekarze przystawiają pistolet rządowi do głowy, strasząc konsekwencjami odejścia od łóżek, a obowiązkiem rządu jest zabezpieczyć życie 2 tys. chorych - powiedział minister w radiowych Sygnałach Dnia w Jedynce. (źródło)
Czy człowiek chce, czy nie chce, to takie stwierdzenie ciśnie mu się do głowy, czy to nie jest coś więcej niż protest pracowniczy - powiedział Religa pytany, czy może chodzić o podłoże polityczne protestów, jak sugeruje premier.
Jak wyjaśnił minister, wpłynęły na to wypowiedzi przedstawicieli związków oraz zapowiadana na piątek kilkutysięczna manifestacja Forum Związków Zawodowych. Wyraził zdziwienie, że osoby, które mówią o dążeniu do porozumienia, jednocześnie planują protest. (źródło)
Trudno nazwać to inaczej, niż terroryzmem (i to w sumie niezbyt "białym"). Zwłaszcza, że efektem będą roszczenia innych grup zawodowych.
Niezależnie od zwrócenia przez Anewak uwagi na fragment przysięgi Hipokratesa odnoszący się do "godnej zapłaty", głos profesora Bartoszewskiego powinen zwrócić uwagę paru osobom, że być może coś jest nie tak:
To, co stało się w warszawskim szpitalu przy ul. Barskiej, było niezwykle nierozważnym krokiem strajkujących lekarzy - zarazem zaś przekroczeniem bardzo istotnej etycznej granicy między zrozumiałą walką o lepsze zarobki i karygodnym zaniedbaniem wobec pacjentów. Na Barskiej ujawnił się głęboki kryzys polskiej służby zdrowia, a zarazem uruchomione zostały złe emocje, które nigdy nie powinny mieć miejsca w szpitalu.
Dantejskie sceny podczas ewakuacji szpitala, w którym nie miał już kto troszczyć się o chorych, przemawiają same za siebie. Protestujący na Barskiej lekarze dopuścili do sytuacji, w której zostało poważnie zagrożone zdrowie i życie pacjentów, za które byli odpowiedzialni. Złamali w ten sposób zasadę primum non nocere - po pierwsze nie szkodzić - i sprzeniewierzyli się przysiędze Hipokratesa, która nakłada na nich obowiązek świadczenia pomocy chorym bez zważania na wszelkie niedogodności. Zaprzeczyli swojemu powołaniu.
Istnieją bowiem zawody, które element powołania w sobie zawierają. Podobnie jak nauczycielstwo lub kapłaństwo, także zawód lekarza należy do takich powołań, w których istnieje ścisłe rozgraniczenie między osobistym interesem a społecznym posłannictwem. Rzecz jasna, nie uważam, że to tylko posłannictwo powinno trzymać lekarzy na posterunku. Wiem, że i ich osobisty interes nie powinien być lekceważony przez kolejny układ rządzący.
I tak naprawdę w pełni rozumiem przyczyny, dla których lekarze protestują. Wiem, że zarabiają zdecydowanie za mało - że są przeciążeni pracą i masowo emigrują w pogoni za godnym życiem. Lekarze naprawdę mają wiele powodów, by skarżyć się na swój los. Ostatnim rządem w Polsce, który próbował poprawić ich sytuację, był gabinet Jerzego Buzka, w którym zasiadałem zresztą wespół - co warto przypomnieć - z Lechem Kaczyńskim i Michałem Kazimierzem Ujazdowskim.
Nie przepadam za obecnym rządem i jego polityką, uważam, że dla lekarzy nie zrobił właściwie nic, a nawet rozpoczął na nich medialno-prokuratorską nagonkę. Eskalacja protestu służby zdrowia jest także w sporym stopniu zawiniona przez obecny rząd. Dlatego rozumiem rozżalenie lekarzy. Nie odmawiam im prawa do sprzeciwu - nie rażą mnie lekarskie manifestacje ani ostre wypowiedzi liderów protestu. Nie mogę jednak - jako obywatel i potencjalny pacjent - zaakceptować form lekarskiej walki o własną godność, które zagrażają pacjentom, jak protest w szpitalu na Barskiej lub w Bełchatowie.
Nie mogę też pojąć, jak protestujący lekarze mogli wpaść na pomysł niewpisywania numeru PESEL na receptach. Przecież to zupełne szaleństwo - w dodatku zaś działanie na granicy sabotażu. Przy tym jednocześnie dość bezczelne lekceważenie i pacjentów, i obowiązującego prawa. Lekarz, który wystawia nieważną z założenia receptę, działa wbrew podstawowemu interesowi pacjenta - który nie będzie mógł zrealizować jej w aptece. Odbiera więc choremu szansę na przyjęcie leków - a tym samym na skuteczne leczenie.
Czyżby lekarze świadomie zadecydowali, że zamierzają działać wbrew medycznym procedurom zapewniającym pacjentom wyleczenie? (źródło [całość tekstu])
Fakt, iż lekarze - po przytomnym rozporządzeniu, że farmaceuci jednak będą mogli na receptach wpisywać PESEL, co udaremniło fundowaną przez liderów protestu katastrofę - "odstąpili" od "rozbrojonego" już pomysłu na terror totalny niczego tu nie zmienia.
Z całym szacunkiem dla zarabiających skandalicznie małe pieniądze lekarzy i pielęgniarek, Wasi liderzy są mentalnie radykalniejsi od Hamasu. Gdyby Palestyńczycy prezentowali podobny do nich spoób myślenia, najpierw przeprowadziliby rakietowy ostrzał Jerozolimy, a później serdecznie zaprosili Izrael do rozmów o poprawie warunków socjalnych w Autonomii Palestyńkiej. Twierdząc, że mogą sie one odbywać wyłącznie w gabinecie prezydenta lub premiera.
EDIT:
Jak w komentarzach do tego postu pisze , organizatorzy protestu pielęgniarkom (padł przykład Małopolski) oferowali 300 zł za dwa dni, włączając transport, noclegi oraz wikt. W tym miejscu warto zadać pytanie: skąd pieniądze na to wszystko? (pytania o ocenę moralną sobie odpuszczę)