Wszyscy komentują dymisję Andrzeja Leppera. Z faktu, iż Jarosław Kaczyński wiedział o akcji, wyprowadza się wniosek, że była ona - w większym lub mniejszym stopniu - prowokacją polityczną. Tymczasem, zgodnie z tym, co donoszą media, CBA ma bardzo mocne materiały na dwóch współpracowników lidera Samoobrony (z których jeden, co nie przewija się w komentarzach, należy do biznesowej orbity PiS). Mieli oni w rozmowach, a udającymi przedsiębiorców agentami twierdzić, że konsultują działania z ministrem rolnictwa, który miał wydawać dyspozycje, by całą rzecz przyśpieszyć. Nie udało sie go jednak "wkręcić" w podpisanie kluczowego dokumentu. W komentarzach przewija się powiązanie faktu istnienia jednoznacznych dowodów wskazujących na winę A. Leppera z oceną zasadności jego dymisji.
Dziwi mnie trochę, że nikt nie przypomniał sposobu działania podjętego przez obóz rządzący w momencie, gdy pojawiły się wątpliwości lustracyjne w sprawie Zyty Gilowskiej. Owszem, J. Kaczyński był przeciwny jej dymysji, a doprowadzenie do niej było prawdopodobnie kroplą przepełniającą kielich z napisem "Kazimierz Marcinkiewicz". Generalna zasada jest jednak identyczna. Dymisja do czasu wyjaśnienia sprawy. Wtedy dotyczyło to jednego z kluczowych ministrów w momencie, gdy miał być przygotowywany budżet. Teraz dotyczy ministra, o którego współpracownikach materiał przygotowywał "Dziennik". Raczej nie ma sensu zastanawianie się nad ewentualnymi komentarzami, jakie pojawiłyby się po jego "odpaleniu", gdyby Lepper na stanowisku był i okazałoby się, że uzbrojony we wszelakie policyjne gadżety "rząd szeryfów" nie zauważył, że w ministerstwie koalicjanta-przestępcy "kręci się lody". Podobnie, jak byłoby z ministerstwem sportu (w którym, notabene, CBA zastosowało identyczne techniki operacyjne, by nakryć "załatwiaczy").
Z obliczeń wychodzi mi z tego wszystkiego jedna wiadomość dobra i jedna zła. Dobra jest taka, że bardzo wątpliwe wydają się zarzuty dot. politycznego i instrumentalnego działania CBA. Zła natomiast odnosi się do stylu działania "młodych wilków" z PiS. Wygląda na to, że forma zatrzymania doktora G. i późniejsza konferencja były nie tyle elementem nękania środowiska lekarskiego, co typową akcją w jankeskim "szeryfowskim" stylu.
Niestety, jak się zdaje, "szeryfowie" nie są świadomi, że z europejskiego punktu widzenia, takie akcje wyglądają jak finalne sceny "Blues Brothers", gdy tysiące policjantów, komandosów, antyterrorystów oraz żołnierzy Gwardii Narodowej (korzystających m.in. z czołgów i śmigłowców) dokonują "zatrzymania" w biurze komornika dwóch tytułowych dżentelmenów w czarnych okularach, mierząc do nich z kilkudziesięciu luf.

Śmieszne. Do momentu, aż ktoś z zatrzymywanych niespodziewanie nie kichnie, a jakiś agent reagując odruchowo, zanim pomyśli, odstrzeli mu głowę.
Inne tematy w dziale Polityka