Po lekturze dyskusji, w których dwie grupy ludzi wykształconych wydają się konkurować o bycie "inteligencją", deprecjonując adwersarzy, zdecydowałem się skrobnąć dwa słowa.
Gniewomir u siebie napisał: Widząc słowo "wykształciuch" w wielu dyskusjach, w tym na salonie, dochodzę do wniosku, że stało się ono dla zwolenników aktualnej władzy synonimem "pokolenia Gazety Wyborczej". Ludzi którzy wychowali się na wizji Polski świeckiej, liberalnej gospodarczo i obyczajowo. Nie zainteresowanych zbytnio polityką, czyli odległymi przepychankami między pełnymi jadu dziadygami wykłócającymi się głównie o odległą (dla "wykształciuchów") przeszłość. (...)
Po rządach lewicy, które przez większość czasu były niezbyt zauważalne(co "wykształciuchów" cieszyło) - do smętnego końca - przychodzi odnowa moralna (...).
A ci, którzy mu ją przylepili dalej troszczą się tylko o swoje animozje, "historyczną prawdę" itd. dziwiąc się jednocześnie czemu "wykształciuch" ich nie lubi i nie rozumie ich wizji państwa. Efekt tego będzie następujący: "Wykształciuchy" jeszcze trochę podrosną, a dziadygi zaczną się wykruszać - tych których nie zabierze podeszły wiek i tak się pogoni. Pozostaną same, już w pełni dojrzałe "wykształciuchy", to nie Tomasz Lis będzie pytał "Co z tą Polską?", tylko zgrzybiały Kaczyński - płacząc nad straconą szansą. Transformacja Polski w nowoczesne, uczciwe i silne państwo to nie jest dzieło, które zdążą wykonać dzieci PRL - Kaczyńscy. Jeśli uwierzyć, że silna Polska jest ich celem, to powiedzcie mi czemu spisują na straty "wykształciuchów", pokolenie, które przejmie po nich schedę i będzie musiało coś z tym spadkiem zrobić?.
Jest to zestaw ciekawych opinii. I w 100% mylnych, co wykazać jest banalnie łatwo. Zanim to zrobię, zauważę tylko, że początkowa charakterystyka "pokolenia 'Gazety Wyborczej'", świetnie ilustruje podstawowy powód ostrego konfliktu między wykształconymi krytykami aktualnej władzy, a jej zwolennikami (niezależnie od indywidualnej skali krytyki lub poparcia). Trzeba naprawdę dużej fantazji, by "nie zauważać" poprzednich rządów. Albo braku zainteresowania państwem, jako takim. W ogóle wizja Gniewomira kojarzy mi się wypisz-wymaluj z "ostatnim człowiekiem" F. Nietzschego:
Ziemia się skurczyła, a po niej skacze ostatni człowiek, który wszystko zdrabnia. Rodzaj jego jest nie do wytępienia, jako pchła ziemna; ostatni człowiek żyje najdłużej.
„Myśmy szczęście wynaleźli" — mówią ostami ludzie i mrużą niedbale oczy.
Opuścili okolice, gdzie życie twarde było: gdyż ciepła potrzeba. Kocha się jeszcze sąsiada i trze się o niego — gdyż ciepła potrzeba!
Cierpienie i nieufność uchodzą za rzeczy grzeszne; ostatni człowiek baczy troskliwie na siebie. Głupiec chyba tylko potyka się jeszcze o kamienie i o ludzi!
Nieco trucizny kiedy niekiedy: to darzy słodkimi snami. A w końcu — dużo trucizny, aby mile zemrzeć.
Pracuje się jeszcze, gdyż praca jest rozrywką. Dba się jednak o to, by ta rozrywka nie stała się zbyt uciążliwą.
Nikt już nie jest bogatym ani biednym: jedno i drugie jest zbyt uciążliwe. Któż by jeszcze chciał panować? Któż podlegać? To zbyt uciążliwe.
Żadnego pasterza, sama trzoda! Każdy jest równy, każdy chce działu równego. Kto inaczej czuje, idzie dobrowolnie do domu obłąkanych.
„Dawniej cały świat był obłędny" — mówią najsubtelniejsi i mrużą mądrze oczy.
Jest się mądrym i wie się wszystko, co się zdarzyło, więc w wydrwiwaniu wszystkiego nie zna się miary. Sprzeczają się jeszcze, lecz godzą się niebawem, gdyż niezgoda psuje żołądek.
Ma się swą przyjemnostkę na dzień i swą przyjemnostkę na czas nocy; lecz zdrowie ceni się nade wszystko.
„Myśmy szczęście wynaleźli" — mówią ostatni ludzie i mrużą oczy.
("Tako rzecze Zaratustra")
No i rzeczywiście, obserwując główny nurt debaty publicznej do momentu wybuchu afery Rywina (ostatni akord - zduszenie dyskusji przed referendum akcesyjnym, wszak każdy, kto ma inne zdanie np. na temat warunków akcesji, idzie dobrowolnie do domu obłąkanych, czyli ląduje w worku z LPR i Le Penem).
Tymczasem mamy do czynienia ze zjawiskiem, które chętni do generalizacji dot. światopoglądu młodzieży zupełnie ignorują. Dzisiejszą rolę ludzi z "rewolucyjnego" pokolenia przełomu lat '80/'90, z których znaczna część zawiodła się na solidarnościowej części fundatorów III RP. Można to zaobserwować na przykładzie sylwetki Mariusza Kamińskiego z dzisiejszej "Rzepy":
Wychowywał się w atmosferze legendy powstania warszawskiego. - Było dla niego świętością. Gdy mówił o powstańcach, w oczach błyszczały mu łzy - opowiada jeden ze znajomych. Z liceum został wyrzucony za działalność opozycyjną. W kolejnej szkole, im. Chrobrego, stać go było na gesty fantazji. - Gdy Lech Wałęsa dostał Nagrodę Nobla, wsiedliśmy w pociąg i pojechaliśmy do Gdańska, by mu pogratulować - opowiada Artur Dąbrowski, jego licealny kolega. Inny wspomina, że w latach 80. w okresie studenckim Kamiński wytrwale pikietował pod sklepami monopolowymi. Opozycja protestowała wtedy przeciw rozpijaniu narodu. A Kamiński słynął z tego, że za kołnierz nie wylewał. W 1988 r. podczas studenckiego strajku na Uniwersytecie Warszawskim domagał się jego przedłużenia. Im głośniejsze były groźby milicji, że wejdzie na teren uniwersytetu i złamie strajk siłą, tym bardziej się zacietrzewiał. - Ten radykalizm został mu do dziś - ocenia Piskorski.
Po 1989 r. naturalną drogą jego kolegów było przejście do polityki. Kamiński trafił do pracy w OKP. Mocno związał się ze środowiskiem Unii Demokratycznej. W 1990 r. wspierał Tadeusza Mazowieckiego. - O Porozumieniu Centrum, partii braci Kaczyńskich, mówił, że to jakaś banda, z którą nie ma sensu się wiązać. Do UD przyciągały go jego lewicowe, socjalne poglądy. Różnił się nimi od nas, liberałów - opowiada Piskorski. Po przegranej Mazowieckiego trafił do Biura Bezpieczeństwa Narodowego. Spotkał tam Lecha Kaczyńskiego i przeszedł przemianę. Zetknął się z ludźmi służb - betonem, aparatem i ubekami. I zrozumiał Kaczyńskich. Odwołanie rządu Jana Olszewskiego przypieczętowało sprawę. To on z braćmi Kaczyńskimi w proteście przeciw zatrzymaniu procesu lustracji zorganizował marsz na Belweder. Potem działał już tylko radykalniej. Powołał do życia Ligę Republikańską, która zasłynęła z akcji obrzucania SLD-owskich polityków jajkami i pomidorami. Ale też organizowała wystawy mające przywrócić historyczną pamięć.
To przykład spektakularny, jednak podobni ludzie pokończyli np. historię i dzisiaj pracują w IPN. Co ich zawiodło na ten wydział? Na przykład to, że "w głównym nurcie" było bez liku tematów tabu, a obserwując działania Lecha Wałęsy i środowiska ówczesnej Unii Demokratyczniej, zaczęli zadawać sobie coraz więcej pytań. Większość z nich adresaci etykietowali jako wyrazy "zoologicznego antykomunizmu" i "oszołomstwa".
Kolejna kwestia, to wpływ środowiska skupionego wokół UPR, które za pośrednictwem "Najwyższego Czasu!" prezentowało spójną wizję transformacji ustrojowej, która pasowała do intuicji młodych ludzi obserwujących zadziwiające (jak się wtedy wydawało) volty liderów dawnej opozycji. Nieprzypadkowo, w epoce rozdrobnienia partyjnego - na początku lat '90 - w sondażach wśród studentów UW, UPR osiągała wyniki porównywalne z UD, lokując się na trzecim lub czwartym miejscu. Janusza Korwina-Mikke zgubiły archaiczne motywy z Ruchem Zachowawczo-Monarchistycznym w tle oraz antysemickie wątki wypowiedzi Stanisława Michalkiewicza, wsparte antyunijną retoryką, opartą na XIX-wiecznych wizjach polityki zagranicznej. Z obecnej perspektywy interesująco wygląda fakt, że z tej partii wyszły takie osoby, jak R. Ziemkiewicz, czy J. Pitera.
Niedawny sondaż wśród bywalców Onetu, w którym UPR zyskała 6% wskazań świadczy jednak, że do dzisiaj JKM może liczyć na sympatię części raczej młodszego i raczej wykształconego elektoratu, jaki stanowią internauci. A jak to wygląda z PiS? O tym akurat pisałem parokrotnie.
Ostatnio nastąpiło trochę zmian jednak partyjne pozycje Hoffmana, Girzyńskiego (mimo "nocnej zmiany" dokonanej przez Kuchcińskiego), czy nawet Mularczyka mówią same za siebie. Kaczyńscy w żadnym wypadku "nie spisują na straty" młodych i wykształconych. Po prostu nie odwołują się do konkretnej ich grupy, z którą dzieli ich elementarna różnica w sferze wartości. O tym, czy ich oferta w tym kontekście jest prawdziwa i atrakcyjna, świadczy sukces Muzeum Powstania Warszawskiego. Zwłaszcza, jako przykład wielkiej aktywizacji wolontariatu w świecie zdominowanym przez sytych "ostatnich ludzi" niezainteresowanych historią i innymi "nudnymi" kwestiami.
Obawiam się więc, że - nawet w przypadku klęski PiS - zarówno w polityce, jak i wśród wyborców zostanie grupa młodych i wykształconych z dużych miast, patrzących na rzeczywistość zupełnie inaczej, niż "pokolenie 'Gazety Wyborczej'". Liczba i aktywność młodzieżówek konserwatywnych i konserwatywno-liberalnych jasno pokazuje, jak sprawa wygląda.
Przyszła inteligencja również będzie podzielona na pół. Półinteligencja. Na dobre i złe.