Naszpikowałem się więc Groprinosinem, Citroseptem, mlekiem, miodem i owocami kiwi... no i żyję choć paragrypsko "żołądkowo-jelitowe" ponoć lubi trzymać i dwa tygodnie... A na gorączkę to co na kaca: zimny prysznic. Podziałało, wyszło tanio i smacznie ;)
Polegując w barłogu słuchałem na zmianę "Trójeczki" z "Tokefemem" - w meczu jest 9:1 dla "Trójeczki"... doczytałem końcówkę "Michnikowszczyzny", oglądałem stareńkie filmidła typu "Garsoniera" i te nowsze, lekko-ciepło odjechane typu czeska "Jazda". Akurat ten bardzo polecam - polscy "miszczowie kina" mogą sobie tylko podumać jak osiągnąć taką lekkość w opowiadaniu zwykłych historii. "Jazda" jest dostępna na DVD w pakiecie 'Pudełko absurdu'.
W polityce ciekawie, a i owszem... patrzę z rozbawieniem jak głowy się toczą. Głowy się toczą niemal stadami. Odniosłem nawet wrażenie, że opozycja zbladła kiedy te wredne, antydemokratyczne Kaczory utrąciły nochal Pierwszemu Kamaszowemu IV RP - Lady Olejnik będzie miała o czym rozmawiać przy śniadanku...
Żeby było śmieszniej nie było wcześniej żadnego przecieku i nawet konusy poskiego dziennikarstwa z Gie Wu miały niewyraźne miny, kiedy Kamaszowy obwieścił, że będzie Pupą Bez Teki. Jak na to patrzę to Kamaszowy w pewnym sensie awansował - Żelazny Lutek będzie nam teraz internetyzował państwo, a może nawet przywali każdemu Pesel 2... trochę taki Big Brader się z niego zrobił.
A poza tym prawie normalka... póki co wyszło na to, że wykreowany przez media na perwersyjnego seks-demona Lepper nie zainseminował biurwy Krawczyk. Szkoda, pies śledczy Gie Wu, redaktorzyna Pacewicz nie będzie miał o czym gardłować. Owszem, w seksaferze mamy jakiś postęp, bo za kratki poszedł Jacek Popecki, prywatnie chrzestny dziecka. Dziecka, któremu wiejska karierowiczka metodą prób i błędów próbuje znaleźć tatusia. Wszystko to się trzyma przysłowiowej kupy jak w enerdowskiej komedii. Może nawet 'na Mikołaja' jakiś tatuś się znajdzie...
O! byłbym zapomniał... po tym jak lecą nie "te" głowy które powinny, zaczynam wierzyć w "wizaż". Może to naprawdę działa? Anula Kalata wydała nasze, całkiem spore pieniądze "na wizaż" własnego tyłka i proszę... Radek i Lutek polecieli, a tyłek Kalaty wciąż na swoim stołku. Jeśli Bufetowa Gronkowcowa czyta mojego bloga i wpadnie na pomysł inwestowania w wizaż własnego tyłka to ja Wam współczuję Drodzy Warsiawiacy ;)))
No dobra... liryczno-cynicznie upuściłem sobie trochę żółci. Miałem się jeszcze zająć czymś co sobie nazwałem terroryzm pediatryczny - tak, tak... chodzi o te chore, łyse dzieci których widokiem media karmią lud prosty... no ale kawa mi stygnie więc 'wicie rozumicie' - może jutro...
Aha... będąc w początkowym stadium choroby odwiedziłem kino aby obejrzeć film "Wielka cisza". Moja Koleżanka Partnerka wyszła urzeczona, a ja w nastroju takim sobie...
Owszem pomysł ciekawy, bo wchodzisz sobie człowieku z rozbieganego miasta do kinowej sali i przez prawie trzy godziny masz przed oczami niemal full chill-out... Hmm... tylko co z tego?
Braciszkowie sobie kontemplują, żyją wedle twardej reguły zabraniającej rozmów z nieznajomymi i zezwalającej na picie tylko wody z rzeki. No ale jak przyjdzie co do czego to wcinają pomarańcze i kiwi popijając butelkowaną mineralną. Szczególnie ta mineralna z plastiku mi się spodobała... jakiegoś źródełka sobie w Alpach nie znaleźli ;)?
No dobra, żarty żartami - ja po prostu jestem prostaczkiem i na wszelkie praktyki mistyczne patrzę z pewną nieufnością. Na mój prostaczka rozumek Bóg stworzył człowieka jednak nie po to, żeby ten wlazł za mur i dumał w nieskończoność popijając mineralną z butelki. Ale oczywiście mogę się mylić ;)))
Ale film sam w sobie, jako pewne wrażenie estetyczno-teologiczne naprawdę godzien obejrzenia. No to ja spadam... Ciao!


Komentarze
Pokaż komentarze (3)