Jam jest mieszczuch z dziada pradziada i sprawy "gruntowe" są mi raczej obce, ale coś podskórnie czuję że jest w tym podziale grutów na takie i śmakie tkwi jakiś absurd...
Z całej tej afery wywnioskowałem, że ruiny z kawałkiem pola pod Mrągowem można "odrolnić" tylko na mocy jakiegoś "ukazu" podpisanego przez Centralną Władzuchnę w Wysokim Ministerstwie. Czemu nie może tego zrobić np. wojewoda, hę??
Przy tym całym "odralnianiu" panuje taki biurokratyczny burdel, że się nawet orły z CBA pogubiły w papierkach...
Dlaczego ziemia nie może być ziemią tylko musi mieć jakiś centralnie ustalany status, a proces zmiany tego statusu kosztuje aż takie pieniądze że opłaca się dać milion zielonych za podpis jakiegoś urzędniczego pierdzistołka?
Nie zdziwię się jak za parę tygodni w TV zobaczymy stado urzędników spętanych kajdankami i wyprowadzanych z ministerstwa rolnictwa - obrazek podobny do tego sprzed MinFin kiedy wyprowadzano kumpli Stokłosy...
Będziemy mieli "aferę odrolnieniową" i szacunki ile to rzekomo państwo "straciło" przez skorumpowanych urzędników...
Ciekaw jestem czy w innych krajach też obowiązują takie podziały na ziemię "pod chałupę" i "pod buraki" czy też jest to taki nasz rodzimy wynalazek i czy np. takie ranczo Busha zostało kiedyś odrolnione...
W całej tej aferze najbardziej zafrapowała mnie nieco inna kwestia: ponoć część papierków została sfabrykowana przez CBA. A może nie tyle sfabrykowana co sfałszowana - zostały podrobione podpisy i pieczątki różnych osób i instytucji.
Pytanie moje z pozoru głupie jest takie: czy legalnie działająca służba w tzw. "państwie prawa" może dokonywać najzwyklejszych przestępstw?


Komentarze
Pokaż komentarze (9)