Franz 1 Franz 1
33
BLOG

Zbrodnia i kara

Franz 1 Franz 1 Polityka Obserwuj notkę 3
Przez ostatnie kilka dni dałem sobie spokój z szeroko pojętą rzeczywistością...
A co mi tam - co ma być to będzie i bez mojego udziału ;)

W dodatku Europa do "Dziennika" znalazłem ciekawy wywiad z Edwardem O. Wilsonem - twórcą dziedziny nauki którą nazwał socjobiologią. Zainteresowało mnie to, bo w kontekście aktualnych zawirowań finansowych pojęcia agresja i altruizm mogą przyjąć pewien nowy wymiar.

Wilson twierdzi m.in.:
Ludzkość nie ma samobójczych skłonności. Przywołam mój ulubiony cytat - z Abby Ebana, izraelskiego polityka, który w czasie wojny sześciodniowej powiedział: "Kiedy wszystko inne zawodzi, powracamy do zdrowego rozsądku". Innymi słowy, w człowieku jest ten cudowny, głęboki instynkt ratowania własnego plemienia. On może być rozbudowywany w taki sposób, by ogarniał całą ludzkość. Mamy gigantyczny, niezwykle pomysłowy zestaw emocji i narzędzi psychicznych, które pozwalają nam zajmować się własnymi dziećmi i wnukami. Możemy rozszerzyć to na nieskończoną liczbę pokoleń.

Trochę to nawet pocieszające, że się przynajmniej teoretycznie nie zagryziemy się wzajemnie do końca tego wieku choć w innym miejscu można przeczytać:

Gdyby ludzie byli bezwzględnie altruistyczni, gdyby byli absolutnie wierni swoim rodzinom i plemionom, nasza historia byłaby przede wszystkim historią rasizmu i nepotyzmu. To przerażająca perspektywa. Co byłoby dobrego w ludzkiej gotowości do nieustannego zabijania i umierania w imię wierności tym, z którymi łączą nas więzy krwi? Na szczęście my, ludzie, tacy nie jesteśmy. Posiadamy ograniczoną zdolność respektowania umów, połączoną ze sporą dawką optymistycznego cynizmu. To sprawia, że ludzie trzeźwo myślący mogą osiągnąć całkiem wiele... Skutkiem ubocznym tej ludzkiej właściwości jest połączenie ambiwalencji, skłonności do oszustwa i nieustannie trapiących nas wyrzutów sumienia. Podkreślam, że z tego, co mówię, nie ma wcale wynikać, iż powinniśmy po prostu porzucić altruizm. Twierdzę jedynie, że powinniśmy go poszerzyć, rozciągając na inne grupy. Pamiętając, że równie ważne jest zachowanie różnic między nami, bo to one właśnie czynią ludzkość tak fascynującym gatunkiem.
[...]
Agresja występuje tylko u niektórych gatunków i jest zależna od zagęszczenia populacji. Może być postrzegana jako wyspecjalizowana reakcja mająca sprzyjać jednostkom rywalizującym o ograniczone zasoby. Nie wszystkie gatunki osiągają takie zagęszczenie i taką liczebność, by rywalizacja była konieczna. Agresja nie jest żadną patologią. Historia naszego gatunku sprawia, że ludzie mają bardzo silną skłonność do odpowiadania na wszystkie zagrożenia z zewnątrz ogromną wrogością, doprowadzając ją do poziomu, który pozwala zniszczyć źródło zagrożenia. I tym samym przetrwać. Mamy skłonność do lęku przed działaniami nieznanych nam ludzi i skłonność do posługiwania się agresją przy rozwiązywaniu konfliktów. Te reguły wykształciły się w trakcie tysięcy lat naszej ewolucji. Jednocześnie są one dziś już przestarzałe - znamy inne metody rozwiązywania konfliktów niż natychmiastowe sięganie po broń. Niestety, nazwanie jakichś zasad przestarzałymi wcale nie oznacza jeszcze, że się ich pozbyliśmy.


Ciekawy stworek ten człowiek - taki agresywny altruista w matni ciągłych wyborów.

Od publicznych pojękiwań hipochondryka Leppera znacznie bardziej interesuje mnie ostatnio globalna gospodarka która z dnia na dzień dostała lekkich spazmów. To znaczy różne publikatory sieją taką właśnie propagandę sugerując, że to wszystko zdarzyło się nagle. Jeszcze 3 miesiące temu było cacy-cacy a teraz zrobiło się ryp-cyp-dup. Jak znam życie to różni wyfraczeni oficjele z kręgów rządowych szybko znajdą "czarnego luda" - będzie to "agresywny i nieodpowiedzialny kapitał spekulacyjny", fundusze hedge z Kajmanów etc.

Moim zdaniem prawda jest znacznie prostrza i smutniejsza. Winna jest postępująca głupota całych społeczeństw oddających władzę w ręce matołków wybranych pospolitą większością głosów. Ludzie chcą wierzyć w obiecanki cacanki i w to, że każdy może mieć w życiu wszystko stosunkowo małym kosztem...

Od dobrych kilkunastu lat na całym świecie politycy różnego sortu wciskają gawiedzi ciemnotę iż należy "walczyć z biedą i rozwarstwieniem społecznym". No i gawiedź to łyka, wszak nie ma nic lepszego niż dać się opodatkować i ogolić do kości w imię altruizmu o jakim tak pięknie rozprawia pan Wilson.

W zależności od kraju ma to różną postać - od programów afirmacyjnych przez "pozytywną dyskryminację" po chęć opodatkowania paliwa lotniczego (przychód z tego podatku byłby przeznaczony na pomoc krajom rozwijającym się).

Władze uprawiają najzwyklejszy szantaż moralny chcąc wzbudzić w swych obywatelach poczucie winy za to, że spora część świata tonie w biedzie. Aby ów szantaż był skuteczny angażuje się, a jakże - całe systemy kontroli i represji. Ten temat zostawię sobie jednak na inną okazję...

Wracając do finansów - moim zdaniem paniki jeszcze nie ma tylko z jednego powodu: większość uczestników rynku nie wie w jakim punkcie się znajduje. Wyjątkiem są ci którzy wsłuchali się pół roku temu w wypowiedzi Alana Greenspana, Martina Pringa i kilku innych mniej znanych ekonomistów.

Panika wybuchnie gdy większość zda sobie sprawę co w rzeczywistości oznaczają zdarzenie z końca zeszłego tygodnia kiedy to fałszerze waluty czyli banki centralne w ciągu 48 godzin wtłoczyły w rynki finansowe ponad 320 miliardów dolarów. To są dane oficjalne - można przypuszczać, że interwencję rozpoczęto już wcześniej.

Sytuacja zaczyna przypominać tą opisywaną w książce Stevena Solomona "Gra o zaufanie" kiedy to w 1987 roku globalny system finansowy stanął na krawędzi zapaści w wyniku braku płynności. Solomon opisuje sytuację sprzed 20 lat - wtedy continuum finansowe na które składają się rynki akcji, obligacji i surówców było dopiero w fazie niemowlęcej.

Od tego czasu owo continuum finansowe rozrosło się kilkunastokrotnie. Ogólnie dostępny stał się forex czyli rynek walutowy na którym dzienny obrót przekracza ponoć 2 biliony dolarów. Do tego doszły wyspecjalizowane rynki derywatów obejmujących niemal wszystko - łącznie z opadami deszczu na zachodnim wybrzeżu USA i czerwcowymi temperaturami w Chinach.

Wszystko to miało służyć "dywersyfikacji i alokacji ryzyka inwestycyjnego". Zwracam uwagę na sformułowanie jakiego BNP Paribas użył komunikacie prasowym dotyczącym trzech zamrożonych funduszy: it could no longer value them accurately because of problems in the U.S. subprime mortgage market - tu nie chodzi o to, że te fundusze zbankrutowały. Problemem jest sposób w jaki należy wycenić produkty finansowe w rodzaju CDO (collaterized debt obligations). Wyrafinowane instrumenty finansowe budowane na bazie wysokooprocentowanych kredytów hipotecznych zaczęły powoli żyć własnym życiem i stały się popularnym składnikiem portfolio funduszy inwestycyjnych, emerytalnych i hedgingowych.

Dużo wskazuje na to, że tworząc skomplikowane instrumenty finansowe popełniono błędy dotyczące niedoszacowania ryzyka związanego z ich gwałtownym upowszechnieniem się. W krótkim czasie zaczęto emitować obligacje i zaciągać kredyty niejako pod zastaw tych nowych wynalazków inżynieri finansowej. Gigantyczny rynek derywatów stał się w pewnym sensie współczesnym Golemem, który może przyczynić się do krachu stulecia.

Nie chcę być złym prorokiem ale czuję pod skórą, że w chwili obecnej jesteśmy dopiero w początkowej fazie dużego ruchu "w dół" jeśli chodzi o giełdy...

W notce z 16 lipca napisałem, że stawiam na dolara - chodziło mi o jego relację z funtem brytyjskim. Wydurniłem się wtedy w swoim stylu:

"Funciak na maksimum... 2.037 dolca za funta... ale ile jeszcze ma trwać taka gra z "tryndem", hę?? Może tydzień, może dwa... tak do 2.065 i finito - na początku października powinniśmy być gdzieś pod 1.96."

24 lipca kurs GBPUSD zaliczył 10-letnie maksimum - 2.0654 usd za gbp...

Tyle że wedle mojej oceny kurs GBPUSD ma akurat trzeciorzędne znaczenie. Na pierwszym planie jest japoński jen jako czołowa waluta z rejonu Azji. Moim zdaniem to właśnie gwałtowna zmiana kursu USDJPY jakiej będziemy świadkami w ciągu najbliższych 6 miesięcy będzie przyczyną "czyśćca" na światowych giełdach. Kryzys końca lat 80-tych miał swój początek właśnie w Japonii. To właśnie umacniający się w 2004 roku jen spowodował rok później stagnację na rynku amerykańskich akcji.

Z punktu widzenia analizy technicznej w najbliższych miesiącach możemy być świadkami umocnienia się jena aż do poziomu minimów z przełomu 2004/2005 - kurs USDJPY spadł wtedy do poziomu 102. W drugiej połowie czerwca tego roku kurs USDJPY osiągnął poziom niemal 124 i od tego momentu zaczęło się systematyczne umacnianie japońskiej waluty. To wzmocnienie jest ściśle skorelowane z zachowaniem indeksów na emerging markets oraz w pewien sposób wyprzedza ruchy indeksów na Wall Street. O ile ta korelacja nadal się utrzyma to koniec roku może przynieść perturbacje na światowych giełdach znacznie większe od obecnych.

Moim zdaniem argumentem za takim rozwojem wydarzeń jest też sytuacja chińskiego juana, którego powszechnie uważa się za zbyt słabego. W ostatnich miesiącach Amerykanie próbują różnymi sposobami wymóc na Pekinie wzmocnienie chińskiej waluty - i bardzo prawdopodobne, że tak się stanie. Dlaczego? Ano dlatego, że surowce takie jak ropa i złoto kwotowane są w dolarach. Uncja złota kosztuje 79.160 jenów a baryłka ropy 8.614 jenów (przy kursie USDJPY = 118).

Aprecjacja jena do poziomu 105 jpy za 1 usd pozwoli choć częściowo skompensować sezonowy wzrost cen surowców. Zależność ta występuje niemal co roku - np. listopad to okres umacniania się jena ("dołek" na wykresie USDJPY) a pierwsza połowa grudnia to charakterystyczna "górka" na wykresie cen złota.

Kiedy piszę te słowa amerykańskie indeksy są na minimalnych plusach - wpompowanie ponad 300 miliardów dolarów nie spowodowało specjalnej zmiany nastrojów na rynkach. Zwiększyła się "płynność" - niezorientowanym wyjaśnię, że jest to synonim słowa inflacja. Po prostu centralne banki posiadające monopol na fałszowanie waluty wpuściły na rynek masę pieniędzy niemających pokrycia ani w pracy ani w towarze. Globalna operacja zwiększenia "płynności" (czytaj: inflacji) miała na celu uspokojenie rzeszy drobnych inwestorów czerpiących swą "wiedzę" o gospodarce z propagandówek w rodzaju Financial Times, The Economist czy Gie Wu.

Przez 48 godzin na świecie nie przybyło towaru za 300 miliardów dolarów - zastrzyk pustego pieniądza pozwolił jedynie grupie uprzywilejowanych instytucji finansowych uniknąć części strat i uciec z rynku w bezpieczne lokaty: kruszce, franki szwajcarskie, dolary kanadyjskie.

O pieniądze zwykłych, pracujących ludzi które pozostały w bankach i na rachunkach nikt się nie troszczy - a to właśnie one zostaną poddane działaniu inflacji wynikającej z podjętej interwencji. O ile pamiętam to ok 60% wszystkich dolarów krąży poza USA. Stanowią rezerwy walutowe mniejszych i większych krajów i są pochowanie w bieliźniarkach. Ponadto około połowy z tych 60-ciu procent kumuluje się w Japonii i Chinach - to tam w głównej mierze jest "eksportowana" amerykańska inflacja.

I to z tamtego rejonu świata w najbliższych miesiącach przyjdzie zemsta. Nie będzie miejsca na żaden altruizm - jeszcze raz zacytuję Edwarda O. Wilsona:

"Historia naszego gatunku sprawia, że ludzie mają bardzo silną skłonność do odpowiadania na wszystkie zagrożenia z zewnątrz ogromną wrogością, doprowadzając ją do poziomu, który pozwala zniszczyć źródło zagrożenia. I tym samym przetrwać. Mamy skłonność do lęku przed działaniami nieznanych nam ludzi i skłonność do posługiwania się agresją przy rozwiązywaniu konfliktów"

I to tyle na dziś ;))
Franz 1
O mnie Franz 1

Rocznik 69, cyniczno-sarkastyczny obserwator rzeczywistości... dusza lekko niespokojna lubiąca wino, kobiety i śpiew ;)

Nowości od blogera

Komentarze

Pokaż komentarze (3)

Inne tematy w dziale Polityka