Krótka wymiana zdań między katarskim ministrem spraw zagranicznych a ambasadorem Rosji przy ONZ, Witalijem Czurkinem, została już oficjalnie zdementowana, co oznacza, że raczej nie ma wątpliwości co do jej prawdziwości. Więc według oczywiście nieprawdziwych doniesień, gdy katarski dygnitarz miał powiedzieć coś w rodzaju „ostrzegam Rosję, że jeśli nie powstrzyma się od weta i nie zaakceptuje rezolucji ONZ, straci wszystkie kraje arabskie”, Czurkin miał rzekomo odpowiedzieć: „Jak będziecie mówic do mnie w ten sposób, to czegoś takiego jak Katar już od dziś więcej nie będzie” („If you talk to me this way, then there will be no more such thing as Qatar starting from today”, wzgl.: „si vous me parlerez une autre fois de cette facon, il n'y aura plus une telle chose comme le Qatar a partir d'aujourd'hui” (za http://kavkazcenter.com). W innej wersji owa rzekoma wypowiedź miała być mniej uprzejma: „jeszcze raz pyskniesz mi coś tym tonem, to twój Katar nie dożyje do jutra” („Try to blather to me in such manner again, and your Qatar will not live till tomorrow”, „Еще раз вякни что-то в таком тоне, и твой Катар не доживет до завтра”); miał też powiedzieć, że reprezentuje „Wielką Rosję” i rozmawia w jej imieniu tylko z „ważnymi ludźmi”.
Witalij Czurkin jest dyplomatą starannie wykształconym w sowieckich szkołach (takich, jak moskiewski Państwowy Instytut Stosunków Międzynarodowych, czy Akademia Dyplomatyczna ZSRR), i trudno przyjąć, by nie wiedział, jaki efekt mogą mieć takie słowa. Akurat nam wydaje się to całkiem w stylu sowieckim, niedaleko od takiej wypowiedzi do Chruszczowa walącego butem w pulpit – no, i co?, rzec możnaby, wiadomo, czego po nich można się spodziewać.
Wydaje się jednak, że sprawa ma drugie dno. W świecie arabskim jedną z nadrzędnych wartości w komunikacji jest „zachowanie twarzy” bez względu na obrót sprawy (jeśli czytają to arabiści, proszę poprawić). Dyplomata katarski, mówiąc w ten sposób do rosyjskiego ministra pełnomocnego i spodziewając się zimnej odmowy, mówił tak naprawdę do ludzi ze swego kręgu kulturowego: „nic to nie da, ale się staraliśmy, winni są tamci”. Czurkin odpowiadając w taki sposób, mógł być zirytowany zapewne długą już i niełatwą dyskusją, naciskiem Amerykanów i Brytyjczyków ("histeryczną reakcją" wg Ławrowa), mógł być zmęczony – ale zawodowy doświadczony dyplomata powinien to znieść. Trudno założyć, żeby Czurkin nie wiedział, jakie są zasady dyskursu z arabskimi politykami – i najwyraźniej wykorzystał sytuację, by uniemożliwić rozmówcy „zachowanie twarzy”, i specjalnie zachował się brutalnie, tak, by odrzeć go w oczach arabskich widzów z kreowanej godności. Według mego przypuszczenia nie mamy tu do czynienia z typowo sowieckim chamstwem, dyplomatyczną wersją gotowania drobiu wraz z piórami czy rabowania zegarków na rękę, ale z planową zimną zagrywką.
A o co miało chodzić w tej, jeśli wierzyć dementi, niebyłej połajance? O Syrię. Ostatnie państwo nad Morzem Śródziemnym po upadku Muammara Kadafiego, gdzie Rosja może liczyć na jakieś oparcie, gdzie długo stacjonowała jej marynarka wojenna – i gdzie właśnie wróciła (nb. Tartous to jedyna zagraniczne baza morska Rosji, nie licząc Sewastopola). Ostatnie państwo na Bliskim i Środkowym Wschodzie po upadku Iraku, gdzie Rosja ma jeszcze jakieś wpływy. Tak, rzekoma (wg dementi) wypowiedź Czurkina to druga strona zimnego, i cynicznego w swej precyzji stwierdzenia Ławrowa, że to Assad jest tym, komu najbardziej zależy na przerwaniu przemocy. To jest wiadomość dla krajów ościennych (nie tylko Arabów, ale i dla Izraela i Turcji): Rosja nie cofnie się i będzie bronić dyktatora Syrii, bo to ostatni jej współpracownik w regionie. A jeśli wierzyć informacjom o lądowaniu sił irańskich w Syrii, to znaczy, że sytuacja tam się jeszcze bardziej skomplikuje.
301
BLOG


Komentarze
Pokaż komentarze (3)